Na Węgrzech zdominowaliśmy klasę dwumiejscową.
Stało się już normą, że przygotowania do mistrzostw całkowicie spadły na pilotów i rozsypują się w ostatnim możliwym momencie. Początkowo miałem latać na Węgrzech nowym polskim szybowcem Diana 4 w klasie 18m. Był to dla mnie ogromny prestiż i wyzwanie, bo jest to konstrukcja, która po latach wprowadza na nowo polski przemysł do elity producentów szybowców o dłuższych skrzydłach. Ostatni raz liczyliśmy się w klasie otwartej gdy powstał Jantar w latach 80 ubiegłego stulecia.

Wtedy nie było klasy 18m w której jest Diana 4, ale współczesne osiemnastki mają nawet lepsze osiągi i również można je nazwać “super orchideami” . Niestety ostatecznie plany się rozsypały po rozbiciu sprawnej Diany 4 podczas oblotów. Potem miałem też latać na szybowcu przystosowanym dla osób z niepełnosprawnościami ruchowymi w parze z Adamem Czeladzkim, ale nie udało sie go pozyskać. W końcu mieliśmy problem ze znalezieniem szybowca do samego końca i trudno było ustalić kto będzie latał w której klasie. Adam chciał latać ze Staszkiem, nie miał szybowca. Ja chciałem latać w osiemnastkach ze Staszkiem – też nie miałem szybwoca. Tomek chciał latać na AS33 w osiemnastkach ale mamy tylko jeden szybowiec i jeżeli Staszek nie poleci to nie ma drugiego. A Mirek chciał latać ze mną w załodze. Węzeł gordyjski.
Dzięki wsparciu PPL , które wsparły wynajęcie szybowca dwuosobowego z GSS Żar dla załogi Adama i Staszka oraz dzięki Mirkowi, który pożyczył nam swój dwuosobowy szybowiec mogliśmy wystawić dwa teamy w klasie 20m a Tomek został w parze z Maroszem Divokiem ze Słowacji w klasie 18m. I od tego momentu wszystko byłoby już świetnie, gdyby nie to że Mirek utknął w Wiedniu ze swoją ogromną przyczepą na 3 szybowce gdy zepsuł mu się van. Nie było go jak ściągnąć bo nawet był probelm z tak dużym samochodem. Ostatecznie zdążyliśmy przyciągnąć przyczepę na ostatni dzień treningu i oderwaliśmy sie na klka godzin lotu w bezchmurnej. Niestety było wiele prac do zrobienia w szybowcu, ale że pogoda na dwa dni się popsuła, mogliśy działać.

W Bekescsabie nie miałem okazji jeszcze latać. Poprzednie zawody na Dianie 2 i GP 14 wygrałem z Szatymaz i Szeged, natomiast we wschodnie rejony Węgier zapuszczaliśmy się tylko w dobrej pogodzie, więc nie wiedziałem czego się można spodziewać w normalne dni. Pobliskie góry z Rumunii dominują wypiętrzony burzami nad okolicą i niże z Dalmacji wrzucają warstwowe chmur na trasy. A że między zakazaną granicą Rumunii i strefami lotnisk wojskowych zostawał tylko wąski pasek na rozgrywanie zawodów – mogło być nieciekawie. Mirek od razu zwracał też uwagę na bardzo silną obsadę naszej klasy. Z powodu dominacji bardzo drogiego EB 29 w klasie otwartej, których zresztą wyprodukowano niewiele, i braku innych równorzędnych szybowców piloci przesiedli się do klasy 18 i 20 metrów podbijajać poziom zawodów. Mieliśmy więc bardzo silnych konkurentów z Austrii, UK, Francji i Niemców mieszkających w Szwajcarii. Nie można też było lekceważyć Belgów i Holendrów, którzy mają młode zespoły. Dziwnie zachował się team z Niemiec, z którego w dniu rozpoczęcia zawodów jeden z groźnych konkurentów pojechał do domu. To czego ja się najbardziej obawiałem, to bezchmurne niebo i możliwość jawnego śledzenia latających online, na komputerach w bazie i w szybowcach. To powoduje, że nie można się ukryć, polecieć samodzielnie a takie konkurencje rozstrzygają się właściwie na linii startu, bo szybowce startujące później, mają zaznaczone kominy termiczne i z łatwością doganiają liderów. Niestety lataliśmy w strefach wojskowych lotnisk i kontrolerzy chcieli mieć pełną identyfikację kto lata, więc zawodnicy musieli włączyć jawny protokół urządzeń antykolizyjnych FLARM i w ten sposób kontrola miała neioficjalną, ale jednak identyfikację bez ograniczeń.
Zawody zaczęły się po dwóch dniach oczekiwania na pogodę od bardzo szybkiej konkurencji którą zremisowaliśmy z Austriakami. 3 pkt straty na 1000 nie były jeszcze bolesne. Ale gdy na drugi dzień Wolfgang Janowitsh urwał nam na starcie 5 minut co dało mu 40 pkt, musieliśmy już coś z tym zrobić. Udało się kolejnego dnia, polecieliśmy 2 minuty po konkurentach i tym razem dało to 70 pkt zysku. Kolejną konkurencję każdy poleciał sam i wygraliśmy minimalnie. To wszystko przypomina zabawę odbezpieczonym granatem, kto dłużej poczeka zanim rzuci. Nie można czekać na linii w nieskończoność. Nie można wystartować dowolnie późno, są pewne granice, bo pod koniec trasy pogody może nam zabraknąć i nie dolecimy do mety. Są też przecież inni zawodnicy, którzy nie są związani w tym pojedynku i według zasady gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta mogą nas wszystkich ograć. Do tego utrudnieniem jest regulaminowy marker, którym 8 minut wcześniej należy zadeklarować moment startu. W drugiej części zawodów utrzymujemy prowadzenie w klasyfikacji generalnej ale nie wygrywamy wyścigów. Pogoda jest skomplikowana po przejściu frontu i pod konwergencją które nadesłały nam z sabatu w Czechach koleżanki. W końcu po 2 dniach nadmierna wilgoć odpłyneła i na koniec zawodów dostaliśmy dwa “piękne” bezchmurne wyścigi czego możńa się było obawiać najbardziej. Bardzo mocno pilnowani w doskonałej widoczności nie mogliśmy bez ogona konkurentów zrobić najmniejszego manewru. Znów chodziło o start. Niestety w przedostatniej konkurencji mieliśmy pecha. Konkurencje były dopasowane do maksymalnego okresu najlepszej pogody, należało wykorzystać dokładnie 3 godziny między 14 i 17. Zadeklarowaliśmy start bezpieczniej tuż przed drugą i niestety Austriacy nas odrobinę przelicytowali. Nie było już manewru by czekać kolejne 8 minut, nie chcieliśmy ryzykować. Na trasie leciałem w dużej grupie, która nas dogoniła. Zazdrościłem Toniemu Sibanc ze Słowenii, który niepilnowany po prostu nam uciekł dopadając z przodu wyścigu do lepszych noszeń, ale my nie mieliśmy takiego komfortu. Każdy ruch był powtarzany więc nie było sensu ryzykować wyrywania się do przodu. Nauczeni tym doświadczeniem następny lot zaplanowaliśmy lepiej, wiedząc z góry co zrobią konkurenci i to my polecieliśmy te kilka minut po czternastej. Nie lubimy takiej pogody, ale nie znaczy, że nie wiemy co należy zrobić by wykorzystać innych zawodników na trasie ! Dogoniliśmy grupę a potem nasz peleton wchłonął po kolei prawie wszystkich zawodników którzy startowali nawet 30 minut wcześniej. Ostatecznie wyprzedziliśmy też “muzyka” z Wiednia na finiszu. Był to piękny akcent gdy wraz z załogą Adama i Staszka wygraliśmy dokładnie z takim samym co do sekundy czasem oblotu.
Piekny widok, gdy dwie załogi a co więcej człowiek na wózku wjechał na pierwsze miejsce podium regularnych mistrzostw seniorów. W ostatnim dniu zawodów niestety gorzej poszło Tomkowi Rubajowi w równolegle rozegranym wyścigu osiemnastek, stracił trochę punktów i do pełni szczęścia zabrakło złotego medalu drużynowego.

Podsumowując zawody trzeba wspomnieć, że w tak trudnej sytuacji, w konieczności taktycznego wyczekiwania i latania w ogromnych grupach zawodnicy wykazali się bardzo dużym kunsztem. Nie było żadnych poważnych incydentów ani wypadków. Zastanawialiśmy się jednak co można zrobić by na przyszłość uniknąć latania w takim tłoku. Niestety IGC nie wprowadziło tych rozwiązań regulaminowych które w Polsce stosujemy od kilku lat by rozbić peletony. Wydaje się, że możliwość śledzenia online musi zostać ograniczona i opóźniona czasowo, a w dni gdy na niebie nie ma żadnych podpowiedzi w postaci chmur i samodzielnie lata się trudno, konkurencje powinny być krótsze, mniej punktowane i dające możliwość większego manewru czasowego na starcie.
Serdecznie dziękuje za pomoc mojemu aeroklubowi, Mirkowi Matkowskiemu za wspólne latanie, PPL i Vectra za wsparcie w przygotowaniach i ostatecznie w umożliwieniu mi walki w tych zawodach. Sezon zapowiadał się bardzo niepewnie z powodu braków sprzętowych, braku regularnych przygotowań a odnieśliśmy wiele sukcesów we wszystkich zawodach. Gratuluję kolegom z klasy 15m i Standard, Łukaszowi i Jakubowi za zdobycie złotego i brązowego medalu w Czechach oraz Julii i Judycie za dwa srebra z Szybowcowych Mistrzostwach Świata Kobiet. Polska już dawno nie stała na kobiecym podium.
SK