Pod Alpami przywitała nas pełnia księżyca
Pierwsze podróże za szlabany żelaznej kurtyny wywoływały podniecenia i zachłanność oglądania wszystkiego co ukazywał film drogi. Cieszyły oko piękne pejzaże, kolorowe wsie, bogactwo miast i mnogość monumentów historycznych. Zachwycał stan dróg i powszechność motoryzacji. Obecnie trochę to spowszedniało i najbardziej interesującym podczas potwornie dlugich podróży jest wskaźnik kilometrów, lecz ilekroć przejeżdżam przez Alpy, zawsze ogarnie mnie nostalgiczne wspomnienie stryja Kazimierza. Sto lat temu został porwany ze szkoły do wojska cesarza Franciszka Józefa i przez cztery lata w wojskowych trepach przemierzał wojenne szlaki na Bałkanach, Wołyniu,a potem na taliańskim froncie. Jakby tego było mało w dwa tygodnie po powrocie ze światowego koszmaru znów mundur , marsz na Kijów, krwawy odwrót, a gdy obroniono się przed niesionym na bagnetach płomieniem rewolucji pościg na wschód, aż pod Berezynę.W dwadzieścia lat później nadszedł krwawy wrzesień.Tym razem jako pracownik kolei ponownie dostał karabin i cofając się przed czarnymi krzyżami dostał się n a Kresach pod ogień sołdatów z czerwonymi gwiazdami. W czasie I Wojny Światowej urocze góry między Villach a Udine zostały zamienione w kamienne twierdze. Tu stryj, cierpiał wiele miesięcy w okopach pod ciągłym nękającym ostrzałem, oraz wielokrotnie wysyłany był z oddziałami do krwawych szturmów mających na celu zdobycie plujących ogniem strategicznych wąwozów. W końcu przełamano ten frontu i bitwa nad Piawą. Bunt jego pułku dziesiątkowanego w obcej służbie zakończył za Alpami wojenne batalie. Potem daleki i pełen przygód powrót na Tarnowską Ziemię. Te bolesne i barwne opowieści wypełniły mi wiele wieczorów w czasach, gdy tendencyjne podręczniki historii kończyły się na zwycięstwie Rewolucji.Dlatego miejsca takie wywołują emocje równe tym jakich doznajemy podczas powrotów w obszary będące kamieniami milowymi własnego życiorysu.
Wyżowa pogoda nużyła upałem i niebem bez chmur , lecz szczyty Alp ubrały się w białe wianuszki, toteż uciekało do nich oko zanim noc nie zamknęła kręgu widzialności do miejsc oświetlonych lamp autostrady i ulic.
Lotnisko im. Adeli Orsi w Varese jest własnością rodziny Orsi.
W ładnym budynku portowym ulokowano biura, przyjemny bar, oraz bogate archiwum lotnictwa. Przed przegrzaniem i udarem słonecznym chroni nas basen z czystą wodą.
Sześć hangarów mieści sporo szybowców, samolotów, helikoptery, a nawet piękną łodź latającą.
Lotnisko jest uroczo położone na brzegu niewielkiego jeziorka, obok ogromnego Lago Maggiore, w połowie drogi między Mediolanem a wysokim łańcuchem Alp.
Gości ono dziesiątki amatorów latania bezsilnikowego. Sąsiaduje ze strefami pobliskich lotnisk komunikacyjnych, Malpenza i Lugano,toteż jedynym miejscem lotów nadlotniskowych i bramą do wolnych przestrzeni na północy jest góra Campo del Flori.
W pobliże szczytu tej lokalnej Magurki o wysokości 1250 m są holowane szybowce. Wysoko, zwykle na 1000 m, ale oszczędny na ogół musi wykupić drugi bilet.
Lotniska ma niewielki pas asfaltowy i przylegający do niego kawał łąki. Startuje się tylko na północny zachód,
a ląduje w kierunku przeciwnym. Samoloty dla zrzucenia liny wykonują efektowny niski przelot obok szybowców i po manewrze godnym nawrotu agrolotniczego, lądują tak by kończyć dobieg przed szybowcami ustawionymi na starcie.
Z dreszczykiem niecierpliwości rwał się Sebastian do pierwszego rekonesansowego lotu, gdyż dzionek wabił błękitem i świeżymi obłoczkami na widocznych górkach.Dziwiło nas, dlaczego punkty zwrotne dla finałów Grand Prix wyznaczono nad mniejszymi górami z pominięciem potężnych skalnych łańcuchów.
Okazało się niestety,że miał rację latający tu Austriak Hartmann, który krytykując wybór terminu powiedział, że woda balastowa w szybowcach nie będzie potrzebna. Zaiste. Żaden spośród licznie przybyłych na weekend lokalnych pilotów nie wlał choćby wiadra balastu.
My napełniliśmy kadrowy ASG 29 pod korek i Sebastian woził ambitnie część wody,aż do pokazowego manewru przed lądowaniem. Bilansowała to w jakiś względzie utrata wagi w tym emocjonującym locie.
Już na pierwszym przeskoku przez wielkie jezioro rynnowe Como musiał ratować się na parterowej wysokości wśród paralotniarzy wykorzystujących bryzę od jeziora, która na zamykającym akwen niewielkim wzniesieniu fundowała żagiel sięgający 300m nad poziom lustra wody. Sporo czasu upłynęło nim się wybronił przed wodowaniem.
O polach przydatnych do lądowania w tym zburdanym zakątku świata nie ma co marzyć.
Skały są dla tego celu mało przydatne, a doliny wypełniają szczelnie ludzkie sadyby i drzewa. Okazało się, że jezioro Como to jedna z licznych tutaj pułapek dla szybowników, w których rządzą diabelskie prawidła. Bryza tego dużego akwenu studzi zbocza i daremnie szukać na nich wznoszeń termicznych.
Mocną próbą charakteru i odporności były także dalsze etapy lotu, bo mizerne wznoszenia 0,3 do 0,8 m/sek. sięgały zaledwie wierzchołków przedgórza, a opadnięcie w przegrzaną i bezwietrzną „zupę” zalegająca zadrzewione, lub gęsto zabudowane doliny, gwarantowało katastrofę. Nasz kadrowy PL nie ma silnika dolotowego. Nawet w Himalajach było łatwiej, bo tam latało się kilka razy wyżej.
W niedzielę dotarło nieco chłodniejsze powietrza ze wschodu, co rokowało trochę lepsze warunki. Mimo to Zdzichu Bednarczuk już w parę minut po wyholowaniu się nad „etatową” górkę musiał wystawić z kadłuba pyrkawkę ze śmigłem, aby ochronić się przed powrotem na lotnisko.
Sebastian jakimś cudem doleciął do wyższych górek wydostał się przed skalnym łańcuchem nad chmury tłumione inwersją.
W wysokich górach były już dobre warunki, więc miał satysfakcjonujące spotkanie z Monte Bianco / M.Blanc/.
W tym dniu przez całą Hiszpanię przebiegała piękna linia konwergencji, która latem nad górami Gredos i Guadarama daje ogromną radość miłośnikom latania bezsilnikowego. W nocy przesunęła się nad Alpy. Już o świcie widoczna była na północy wyraźna linia kłębiastych chmur dająca szansę imponujących lotów wzdłuż wysokich gór. Gdybyście w tym czasie pokonywali drogę z Briancon do Turynu mógłbyś zaobserwować, że po francuskiej stronie wieje wiatr północno zachodni, a w dolinie Suzy wiatrak omal nie gubi smigieł szarpanych wiatrem przeciwnym. Lecz nad Varese absolutny błękit i spokój w atmosferze nie dający szans na zbliżenie się do wrót szybowcowego raju. Kolejny dzionek złotej jesieni, ale z temperaturami jak na Saharze. Dopiero około 13,30 pojawił się nad służbową górką niewielki strzępek chmurki ze wznoszeniami oscylującymi w okolicy zera, więc podobny do Piper Cup „ Bonnini” /z 235 konnym silnikiem/ rozpoczął kolejny dzień harówki na palonej słońcem łączce. W radiu wkrótce zapanował cisza, co oznaczało, że polecieli daleko. Z lotniska zniknęły maszyny koszące i suszace siano, ale warczą z kolei koparki, ciężkie wywrotki i inne maszyny przygotowujące lotnisko do mistrzostw świata. Na otwarcie musi być wszystko pico bello. Tomasz Kawa
Dodano: 02.09.2015Przez: K.
Trzymamy kciuki!
Wysokości!
Krzysiek.