Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

Nimbus powrócił z Pilcaniyeu

Po  całodziennych opadach  deszczu i śniegu  zaświeciło wreszcie  słońce.

Wszystko się zazieleniło. Dzięki kroplom wody po przejściu frontu, momentalnie pojawiły się świeże pęki kwiatów na krzewach i wśród traw, natomiast  szczyty gór pokryła spora warstwa białego puchu,  zmieniając zupełnie krajobraz.  A przecież to odpowiednik naszego czerwca. Po raz pierwszy od kilku tygodni  samochody nie wzbijały tumanów żółtego pyłu podczas jazdy po wyschniętych drogach. Przyszedł wreszcie czas, aby pojechać po szybowiec. Zaopatrzeni w łopaty i maczety ruszyliśmy liczną , bo wzmocnioną przez czeskich pilotów, ekipą w drogę na odludzia pampy. Szeroka szutrowa droga zainspirowała  kolegów  prowadzących samochody tak bardzo, że nawet Jean, który początkowo podpuszczał do szybkiej jazdy,  kurczowo  trzymał się  fotela. Po kolejnym zakręcie pokonanym bokiem, siedzący na tylnych fotelach byli już raczej  zdecydowani wracać piechotą , albo poczekać na Treno Patagonico i pojechać po szerokich torach. Jakimś cudem udało się nam ostatecznie uniknąć lądowaliśmy w rowie i dotarliśmy szczęśliwie do szybowca. Czesi pomogli nam wykarczować około dwustu metrów pasa, biorąc pod uwagę to , że również i im lądowisko może się kiedyś przydać. Kuliste kolczaste krzaki, nie wycinane  od lat,  zadomowiły się na dobre na ziemi pełniącej niegdyś funkcję  pasa startowego. Ogromne kępy pampasowej trawy i gruboszowatych krzewów  musiały jednak ulec ostrym narzędziom.  Jeżdżąc samochodem  tam i z powrotem samochodem ubiliśmy drogę startowa.  Jean, po dwóch próbach,  zdołał  oderwać  się od miękkiej ziemi. Chyba nikt nie zdawał sobie sprawy jak mało sprawny jest start takiego szybowca z miękkiego pasa bo na lotnisku w Nahuel dzięki silnym wiatrom do startu wystarczyło nawet kilkanaście metrów rozbiegu.  Tu brak wiatru mocno utrudniał oderwanie się od ziemi.  Na szczęście pas miał ponad kilometr długości i po kilku krytycznych przyhamowaniach szybowiec  uniósł się wreszcie  w powietrze. Wcześniej rozważaliśmy nawet rozpędzanie szybowca na holu za samochodem. Ale  nawet czescy rajdowcy nie byli w stanie bezpiecznie rozpędzać się na nierównej  i miękkiej ziemi powyżej   90km/h.

W powrotnej drodze do Bariloche spotkaliśmy kondory, które korzystając z termiki zaczęły wracać w góry – podobnie jak nasz „Nimbus”, który przeczekał samotnie dwa dni złej pogody na odludziu i dopiero dziś mógł polecieć do Lago Nahuel. Kondory sfrunęły z gór, chroniąc się wśród  skałek na Pampie przed huraganowymi wiatrami , śniegiem i deszczem. Gdy pogoda poprawiła się, zaczęły opuszczać swoje  kryjówki.  Właśnie budziła się termika, toteż co raz to nowe ptaki ptaszyska odrywały się od ziemi i korzystając z  żagla na skałkach, oraz  kominów majestatycznie  nabierały wysokości koniecznej do powrotu nad szczyty.  Dla nas prognoza na jutro jest zła, nie będzie wiatru i prawdopodobnie nie będziemy już latali. Wieczorem odlatujemy do Europy. Z  żalem żegnamy Patagonię – surowy kraj pięknych widoków i mocnych  przeżyć.

SK

Komentarze

Dodano: 12.12.2010Przez: Zdzisław Bednarczuk

Dzięki Seba za tak piękne opisy argentyńskiej fali nam tu w porze zimowej kazde takie wspomnienia dodają skrzydeł do marzeń lotniczych

Dodano: 03.01.2011Przez: Maciej

Jeszcze raz gratulacje!

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com