Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

Argentyna jest wielka

Pogodą sterują trzy niże wokół Antarktydy.

Ostatnimi dniami działo się tak wiele, że nie miałem czasu uzupełniać informacji.  Grupa niżów kręcących się wokoło Antarktydy wygenerowała silne wiatry które stopniowo  pochłaniały południową cześć Argentyny. Prognozy które mieliśmy w niedzielę przewidywały stopniowe narastanie siły wiatrów – aż do środy, a okazało się, że kulminacja nastąpiła we czwartek.  Pomimo zaangażowania mocy komputerów włoskich, czeskich i niemieckich, prognozy nadal są jednak pięta Achillesową latania w Patagonii. Startując o wschodzie słońca nikt nie wie co będzie się działo sto kilometrów dalej.

Wtorek był dosyć spokojnym dniem. Ponieważ Bruce złapał jakiegoś paskudnego wirusa a Jean nadal podnosił się z infekcji z poprzedniego tygodnia, polecieliśmy z Wojtkiem na spacerową trasę na północ pomiędzy Chapelco a Confluenzę. Prognoza była kiepska, więc nie napalaliśmy się zbytnio. Kłopoty jakie mieliśmy już  przy odlocie z lotniska zdawały się potwierdzać, że nie polatamy daleko.  Za owiewką śmigał  śnieg i deszcz a przecież to szerokość geograficzna odpowiadająca położeniu Krety. Chmury  z opadami zaczęły jednak wkrótce ustępować coraz silniejszym wiatrom i zjawiskom fenowym nad  Andami. Powstała regularna fala z potężnymi wałami rotorowymi. Nasz skromny cel, trójkąt 100 km , zaczął wyglądać śmiesznie przy warunkach które się pojawiły. Gdy wznieśliśmy się powyżej chmur popędziliśmy na północ do punktu odlotowego. Przy tych wielkich rotorach trójkąt 100 był malutki. Aby go przelecieć wystarczyła jedna fala, tak więc uderzyliśmy z prostej przecinając po rozpędzeniu się linię startu.  Trudno zaplanować to precyzyjnie , gdy nie zna się aktualnych warunków atmosferycznych w odległym  o ponad 100 km miejscu. Trasa trójkąta  nie pokrywała się z realnym ukształtowaniem fali . Nasz trójkąt oblecieliśmy wykonując trasę w kształcie litery T. Nie było to najlepsze rozwiązanie. Polecieliśmy jeszcze raz  pokonując boczne, krótsze, odcinki trójkąta na skróty, ale tym razem wznoszenie na południowym końcu rotora, tuż przed metą było słabsze niż poprzednio. Choć po 2/3 trasy mieliśmy czas o 5 minut lepszy niż wcześniej, w rezultacie poprawiliśmy wynik zaledwie o minutę. Trzeci oblot zepsuł nam kontroler, który zaczął wypytywać tuż przed punktem zwrotnym o naszą odległość i radial od VOR. Poszukując odpowiedzi w instrumentach nie trafiliśmy w sektor… Rotor osłabł, nie było szansy poprawić wyniku  i porzuciliśmy śmieszną zabawę. Polecieliśmy na wulkan Lanin otoczony puchatym  żabocikiem  chmur rotorowych.  Falowa linia energii podprowadziła nas pod sam szczyt, ale tam nie było nic oprócz duszeń. Za to na zawietrznej spływające w dół stoku powietrze odsłoniło stoki lawy i lodu a chwilę później wystrzeliwało w górę nad rotorową burzą.  Zgodnie z recepturą Jeana polecieliśmy znad szczytu z wiatrem, tonąc początkowo w dół, by po chwili odbić się na fali. Krótka sesja fotograficzna i powrót do domu, bo następny dzień miał przynieść rekordową pogodę.

Środa. Pobudka 4:30. Ciemną nocą, ubrani we wszystkie ciepłe łaszki jakie zabraliśmy z Polski, jedziemy na lotnisko aby o świcie startować na zadeklarowaną trasę trójkąta 1600km. Gdyby się nam  udało, Jean miałby rekord świata który od wielu lat omijał jego konto , mimo tylu wspaniałych wyczynów.  Niestety . Bariloche leży mniej więcej  w połowie długości obszaru tego odcinka Andów nad którymi przetaczają się najsilniejsze wiatry , toteż przed startem  zawsze  jest dylemat , czy w danym dniu wybierać  na północ ku wysokim górom, czy w kierunku Ziemi Ognistej. Klasyczna loteryjka z szansami na właściwe typowanie   50/50.  Wybraliśmy wariant północny. Nie trafiliśmy. Lecąc ku równikowi spotkaliśmy na kontrkursie Klausa Ohlmana , który mając swoją gawrę  bardziej  na północ,  spływał w dół globusa. Nasz cały wysiłek zdał się na to, aby na słabiutkiej fali doczłapać się do nawietrznej części stożka  Lanin.  Polatliśmy trochę na żaglu przy jego ośnieżonych i rzeźbionych wiatrem stokach. Wypiliśmy po kubku kawy nad wierzchołkiem wulkanu i skoro przelot nie wypalił postanowiliśmy wrócić na  lotnisko, aby dać polatać innym.  Bruce nadal chory. Jean wolał odespać noc , więc „Nimbus” przypadł nam do dyspozycji. Zaprosiliśmy więc Wojtka przez telefon satelitarny na pas startowy i poleciałem z nim na trasę docelowo-powrotna  500 km. Tym razem na południe od 41 równoleżnika. Niestety. Jak się później okazało , deklaracja  trasy  wpisana przez „lusterko”  nie przeszła do logera który liczył jakiś klucz bezpieczeństwa.  Na trasie warunki poprawiały się z każdym kilometrem  na południe. Słabe, bezchmurne , zafalowania ustąpiły miejsca regularnym, mocarnym, rotorom, które ciągnęły się 300km w dół horyzontu. Biedna pani kontroler z Esquell, prowadząca korespondencję po hiszpańsku przeżyła najazd masy szybowców, które zleciały się tu by skorzystać z wyjątkowej pogody. Normalnie cały ruch lotniska ograniczał się do jednego przylotu i odlotu, a tu pięć szybowców mijało się nad nad jej głową  po tym samym paśmie rotorów z prędkościami dochodzącymi do 300km i żaden za pilotujących je pilotów  nie znał dobrze hiszpańskiego. Dochodziło do tego, że zanim udało się potwierdzić zamiary, ustalić plan lotu, strefa TMA się kończyła i szybownik zawracał z powrotem. Kilka godzin ustawiania szybowców na różnych poziomach skończyło się tym, że każdy potwierdzał to co chciała a leciał tak jak szybowcom przystało,  korzystając ze swobody przestrzeni.  Nosiło wspaniale, pięćsetkę przejechaliśmy dwa razy uzyskując prędkość niemal 240km/h w drugim oblocie.  Część trasy o długości 1028 km zaliczyliśmy ze średnią prędkością 232km/h.  To tak jakby z Bielska do Gdańska i z powrotem przelecieć w cztery godziny „z hakiem”. Niestety szybka zmiana pilotów zemściła się tym, że deklaracja była tylko w lusterku. Cały przelot dla zabawy.  Przy powrocie z daleka widzimy piękny długi szybowiec majestatycznie zmierzający na północ. Udało się nam go dogonić i  sfilmować z góry. Okazało się, że to Klaus  zmierzał w kierunku mety  po swój kolejny rekord. Niewiele brakło a ruch komunikacyjny tego dnia również  i jemu pokrzyżował by plany. W pobliżu Bariloche poproszono nas byśmy opuścili trasę W44 z południa, bo będzie nią leciał samolot i zniżał się do poziomu 100. Niewiarygodne, gdyż  góry w tym miejscu  miały niemal taką samą wysokość ,  a jednak rozgonili nas na boki jak stado kaczek. My wyjechaliśmy na wschód i po dłuższej chwili dopadliśmy do noszenia rotorowego, natomiast  Klaus zanurzył się w chmury pomiędzy szczytami, gdzie przez dłuższą chwilę nie mógł odzyskać wysokości. W odwodzie miał lotnisko El Bolson w jednej z najpiękniejszych dolin tego rejonu. Dolina wgłębi gór była wilgotna i zielona, daje doskonałe warunki do uprawy owoców. Czas w tej enklawie zatrzymał się w miejscu od hipisowskich czasów poprzedniego stulecia i jest to ciekawe miejsce do odwiedzania. W końcu Jet (biznes) wylądował i mogliśmy robić swoje.

Czwartek to ostatni dzień latania zanim pogoda popsuje się na dobre. Tu zaczyna się już lato, ale zapowiadają śnieg i bardzo silny wiatr. Znów nie wiadomo dokładnie jak będzie wyglądała pogoda bo jesteśmy w strefie frontu. Jedyne co jest pewne, to bardzo silny wiatr – ponad 100km/h. Po wczorajszych wyczynach jesteśmy zmęczeni, ale  planujemy trasę DP 1500km na północ do Laguna Diamante. Jest to już rejon w którym latałem w styczniu, podczas mistrzostw świata, ale w Chile , po drugiej stronie szczytów. Ubrany we wszystkie ciepłe ciuchy jakie posiadam pakuję się w osłoniętym od wiatru parkowisku do kabiny szybowca. Na starcie nie byli byśmy w stanie otworzyć osłony kabiny. Zamknięci z Jeanem w środku jedziemy na start wpisując trasę do logerów i sprawdzając listę kontrolną.  Od paru lat nie udało się tam polecieć. Pogoda za każdym razem kończyła się zbyt wcześnie na północy, a zdarzają się takie warunki, że w bezchmurnej pogodzie powstaje piękna fala zaznaczona delikatnymi pasemkami soczewek po której można surfować non stop ponad 200km/h. Może dziś będą takie warunki? Nimbus na rozbiegu szarpie się z podmuchami które początkowo rzucają nim o ziemię testując podwozie a po oderwaniu się od ziemi strzela w górę tracąc cały pęd i  zamienia się w pionowzlot. Znów nie udało się dolecieć do jeziora czy do końca pasa, więc  odchylając się lekko w bok dryfujemy w kierunku niewielkich rotorów na północy. Już w tym momencie widać, że południe wygląda fantastycznie z soczewkami na kształt BigMac, ale północ w zasięgu wzroku, to jest jakieś 250 km, również jest dobra.  Tu pojawił się pierwszy problem. Na falę dostaliśmy się na pracującym silniku który pozwala latać około 100km/h.  Wiatr urósł już do 115km/h. Jesteśmy tuż przed rotorami, ale aby schować silnik musimy zwolnić do 85-90km/h inaczej śmigło się nie zatrzyma. Przez chwilę lecimy ogonem na wschód robiąc zakłady, czy wpierw zatrzyma się silnik, czy wpadniemy w potężne  duszenie i poważne kłopoty. Tym razem jednak łopata staje od razu, niemal w pionie, zaoszczędzając nam czasu potrzebnego by wiatr przekręcił ją na zaciągniętym hamulcu śmigła. Gdy nad wieżyczką zamknęły się luczki ruszamy  ostro  pod wiatr by wrócić do strefy wznoszeń. Początek trasy mamy fantastyczny. Znaną już pięćsetkę pokonujemy w noszeniach, które sięgają ponad 10m/s  a prędkość względem ziemi przekracza 400km/h  ! Zabawa się kończy po minięciu słynnego Wulkanu Demujo. Do następnych soczewek sto kilometrów a tu nawet z 7000 m widać  jak dzika i  sucha jest ta okolica. Pozalewana potokami czarnej lawy wygląda przerażająco. Jedyne miasteczko na tym pustkowiu, Malarque , jest otoczone setkami kilometrów pustkowia. Zastanawiające jest to po co ci ludzie się tu osiedlili tak daleko od cywilizacji. Ale mają asfaltowy pas startowy i nudzącego się kontrolera z którym musimy rozmawiać, choć nie ma żadnego ruchu. Ten gość nie stwarza nam  jednak żadnych problemów i pozwala  lecieć na poziomie 270, czyli ponad 8000 m. W Europie jest to niewyobrażalne. Jednak szczęście nie trwa długo . Wkrótce urwały się wznoszenia falowe. Dowiadujemy się o tym  przelatując  nad, przez , a w końcu pod kolejnymi cumulusami. Fala zniknęła. Musimy wlecieć pomiędzy wysokie  szczyty w nadziei, że w osłoniętych dolinach  znajdziemy noszenie. Jest strasznie turbulentnie. Trzeba mocno docisnąć pasy , by nie rozbić plexi głową. Duża chwiejność  wyzwala termikę z podstawami chmur na wysokości 6000m. Poszarpane kominy rzucają po 7m/s w gorę i w dół, ale wiatr 135km/h robi swoje. Kusi mnie, aby wrócić na nawietrzną na poznane w styczniu percie, ale  Jean nie chce lecieć do Chile choć Rancagua na wyciągnięcie reki. Wkręcamy się w tarmoszonego wiatrem cumulusa, korzystając z sztucznego horyzont, ale i to nic nie daje. Powstają szlaki zamiast rotorów. Tracimy czas w górach i w końcu musimy wracać.  Ogromna przejrzystość powietrza pozwala zobaczyć jak  kilkadziesiąt kilometrów na zawietrznej wiatr uderza cały czas w pola z charakterystycznymi  kołami  nawadnianych upraw, na opłotkach samotnego Malarque, i regularnie wzbija  tony kurzu.  Kilometr dalej porywa ten pył na tysiące metrów w górę. Lecimy tam. Cały czas dusi. Niespotykane. Normalnie fala nigdy nie miała więcej niż kilkanaście kilometrów długości i po kilku minutach lotu z wiatrem przez obszar opadania docierało się do wznoszenia , a tu nic… Tylko poszarpane bąble termiki, zupełnie bezużyteczne przy tej sile wiatru. Sponiewierani turbulencją rejterujemy.  W końcu jesteśmy już tak nisko, że dalej tylko Buenos Aires i odległa o setki kilometrów konwergencja z cumulusami na wschodzie.  Odpalamy silnik mając jeszcze zasięg do pasa w Malarque i lecimy trawersując na południe. Duszenie nie ustaje. Silny wiatr trzyma w miejscu. Zaciskam mocno palce na sterownicy, aby Jean nie zrejterował ponownie, bo nocowanie 600km od domu  na takim pustkowiu ze skorpionami nie uśmiecha mi się. W końcu pokonujemy niewielką przełęcz i docieramy do rejonu, gdzie było ostatnie zafalowanie. Jest. 2 -3m/s wreszcie unosi na bezpieczną wysokość nad doliną zalaną czarną lawą, która wygląda z góry jak porozlewany wosk.  Nie ma już tak pięknych soczewek jak  w drodze na północ, ale linia wznoszeń pracuje i początkowo powoli a potem coraz szybciej pokonujemy kilometry na południe. Jeszcze tylko jeden krytyczny przeskok po zawietrznej stronie  Demujo, która jak za każdym wyższym wulkanem, zamiast falą,  wypełniona jest chaosem i turbulencją. Tu niespodzianka, trafiliśmy na linię zafalowania i zamiast duszeń pokonujemy ten dystans w spokojnym noszeniu.  Zaczyna się wyścig z czasem. Do domu 500km, podchodzi front, który cały dzień suszony zjawiskami fenowymi stał na barierze gór , ale w końcu zaczął się przewalać  na druga stronę. Ale mimo to na naszej drodze do domu powstaje potężna linia noszeń. Fala ma trzy razy większą długość niż zwykle, jej krawędź jest  oddalona  60 km od bariery gór i ciągnie się  jednym wałem rotorów,  oraz pasem cirrusowatych soczewek na długości około  1000km  na południe. Wiedzą to nasi koledzy na ziemi, którzy słuchając w internecie transmisji radiowych z poszczególnych lotnisk podsłuchują nas i doskonale wiedza o naszej pozycji. Mają zdjęcia z satelity, których skala akurat odpowiada rozmiarowi zjawisk z których korzysta się w Argentynie  przy latani  szybowcowym na fali. Obstawiają sukces, lub porażkę. Tymczasem prędkość względem ziemi wyliczany przez SeeYou rzadko spada poniżej 300 km/h.  Silna składowa wiatru robi swoje i spowalnia lot do domu. Tam gdzie rano był 10m/s noszeń tym razem jest tylko 7 , ale regularny układ pozawala na pożeranie kilometrów, choć spora część prędkości przeznaczana jest na zwalczanie dryfu szybowca. Na dużej wysokości dopadamy „hydraulic jump”, nieregularna krawędź cirrusa ucieka nam pod wiatr 200km/h ale wskakujemy na tą falę  i w rozległym noszeniu pędzimy do domu.  Dzięki korzystnym warunkom niezbędny czas dolotu skraca się coraz bardziej i w końcu wypada, że zdołamy przylecieć przed zachodem. Chapelco w deszczu ze śniegiem, najbardziej w górach staje się niedostępne jako pierwsze. Kolejne lotniska poza zasięgiem wzroku, zacienione zachmurzeniem frontu. Zapala bezpieczna pod rotorami na wschodzie. Nahuel – nasz cel – na skraju zwartych chmur i w marznącej mżawce na 3000m.  W powietrzu nie ma innych szybowców. Podchodzący do lądowania w Bariloche samolot linii „Austral”  podaje informację o pogodzie , która daje nadzieję na nocowanie u siebie.                                                              Kiedy już dolatujemy , ciemna ściana chmur, śniegu i deszczu, pochłania jezioro i grodzi drogę do lotniska. Wymrożony szybowiec uległ by natychmiast oblodzeniu ,toteż trzeba uciekać na wschód, na stare lotnisko Picanyiu Podchodzimy o zachodzie słońca,wytracając nurkowaniem 3000m zbędnej już wysokości. Tuż przed ogrodzeniem lotniska wyrównuję lot na 300m wysokości z zamiarem lądowania na wprost pod wiatr wiejący z prędkością 100km/h . Jean sugeruje wykonanie małej rundki, ja na szczęście obstaję przy swoim, gdyż niemal w tym momencie jakby potężny zwierz uderzył nas z góry łapą. To silny prąd opadający rotoru cisnął nas ku ziemi oraz spowodował gwałtowne wyhamowanie , uskok , wiatru. Toniemy błyskawicznie bez prędkości. Strach pomyśleć co by się stało z samolotem pasażerskim w takiej sytuacji. Szybowiec jest bardzo sterowny ,więc błyskawicznie przechodzę do nurkowania , bo przecież rotor nie wniknie pod ziemię i nie powstanie próżnia. Wyrównuję nad gruntem i nagle na tle szarzejącego już tła zauważam przed sobą białe kulki.
-Rany Boskie! To porcelanowe izolatory ! Ktoś przez skraj lotniska poprowadził linię elektryczną…
Poderwany szybowiec na centymetry mija się z przeszkodą i po paru sekundach osiadamy między chaszcze  zaniedbanego lotniska.
Kiedy wysiadamy z szybowca nie ma ani kropli deszczu. Potężna siła wiatru opadającego po wschodniej stronie gór suszy wszystko. Wychodzą gwiazdy i księżyc tak czyste jak tylko mogą być na pustkowiach południowej półkuli. Człapiemy mozolnie pod wiatr w stronę miasteczka – wiatr, którego siłę  może dała by radę  odtworzyć  testująca silniki „Dakota”. Na przeciwko pojawiają się dwie ciemne postacie ze strzelbami opatulone w grube kurtki… Na szczęście to tylko miejscowy sierżant Garcia przyszedł sprawdzić co się stało.

Dr Henie ze Szwajcarii, który bada wysycenie krwi tlenem u pilotów latających tu w Argentynie , będzie miał ciekawy przypadek do analizy. To  pilot szybowca, którego tętno niemal nie spadało w czasie całego lotu poniżej stu a kilka razy przekraczyło 160 /min. No cóż, emocje robią swoje – nawet u bardzo doświadczonych lotników. „Nimbus” został na pasie, który niewiele różni się od otaczającej go pampy. Jedynie kępki krzaków w jego środkowej części są nieco niższe niż za płotem. Poczeka na lepszą pogodę, kiedy może się uda  nim wystartować i wrócić  tam gdzie zwykle stoi. Mogło być jednak  gorzej. Dieter Memert, który poluje na wielki przelot docelowy 2500km, utknął koło Lago Argentino 1000km na południe i chyba  nie wróci  przez tydzień. Tam pogoda nie ma litości. Zdaje się, że wygięty koniec kontynentu to efekt ciągłych, potężnych, wiatrów.

Tak oto dobiega kresu nasz pobyt  w Argentynie. Nie mieliśmy szczęścia do pogody. El Ninjo leniuchuje. Jutro może uda się ewakuować szybowiec z Pampy a w niedzielę wracamy do Europy.  Mimo wszystko do Buenos Aires pojechało siedem zgłoszeń rekordów Polski . Niektóre  zostały poprawione nawet o 100%.

SK

Komentarze

Dodano: 11.12.2010Przez: Mirekk

Ale czad! 🙂

Dodano: 12.12.2010Przez: Andrzej Roznowski

WOW!!! Zycze zatwierdzenia rekordow!!!

Dodano: 12.12.2010Przez: Czeslaw Lorenc

Poza miomi ponownymi gratulacjami za rekordowe wyniki w Patagonii,musze wyrazic zal ze nie bede mogl posluchac opisow i komentarzy z tych lotow przez samego autora.Jak widac nawet super komputery nie potrafily przewidywac pogody w nie calkiem odleglym rejonie.Dlatego decyzje pilotow byly jak loteria, leciec Polnoc czy Poludnie ? Z opisu widze tez ze kontrolerzy Argentynscy sa bardziej „liberalni” niz europejscy i potrafia zrozunmiec i pomoc szybownikom w potrzebie. Oprocz moich gratulacji za wyniki, chcialbym podkreslis Pana zdecydowanie i upor by spenetroawc ten Patagonski rejon, swego rodzaju raj szybowcowy. Wiec osiagnal Pan jeden z wielu waznych dla siebie celow, Latanie wyzej niz Kondory w Argentynskiej Patagonii. Przy okacji najlepsze zyczenia wobec zblizajacych sie Swiat- Czeslaw Lorenc

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com