Gallery
dsc_9299

Liniowiec z Patagonii nad Alpami

[fb_button]

Liniowiec wsławiony  w bojach z falami Patagonii rzucił kotwicę w Sisteron.

Nowa  „Żelazna kurtyna” Odwiedził nas Jean Marie Clement z małżonką. Użalał się,że tegoroczna wyprawa do Patagonii nie była udana, gdyż wszechwładni  celnicy podnieśli formalne i nieformalne opłaty a anomalie pogodowe, które także odczuwaliśmy podczas mistrzostw świata  w Argentynie, psuły latania.O ile w poprzednich latach w Patagonii  na wysokości 6 000 metrów panowały zwykle temperatury poniżej 25 stopni Celsjusza, to w tym roku na tej wysokości napływały z nad Pacyfiku  wilgotne masy cieplejsze o 10 stopni.W związku z tym fala występowała rzadziej, była słabsza, nieregularna, a więcej niż normalnie systemowych chmur z opadami. Nawet my odczuliśmy te podtopienia choć byliśmy w Argentynie znacznie  później i 2000 km dalej. Żali się też na działanie IGC, gdyż z powodu sprzeczności interpretacyjnych przepisów część członków jest przeciwna uznaniu jego rekordu świata.Trudno zrozumieć dlaczego nadal miałby obowiązywać papierowy formularz z okresu ołówka kopiowego, gdy wszystkie dane zgłoszeniowe i kontrolę lotu zawiera zapis loggera. Jest to nieżyciowy wymóg, bo piloci wyprawiają się obecnie  po rekordy w bardzo egzotyczne miejsca i łatwiej tam znaleźć jednorożca niż komisarza sportowego, który miałby ochotę wstawać przed świtem, by podpisać komuś papierek.Wszystkie te problemy sprawiły, że kolejne wyjątkowo kosztowne przedsięwzięcie nie przyniosło pożądanych efektów. Wiele wskazuje na to, iż długo będą się utrzymywały aktualne rekordy Ohlmana, gdyż  on także ma dość walki z wiatrakami.Teraz jego zasłużony liniowiec rzucił kotwicę w Sisteron. Wszystko jest tak jak opisywał Sebastian. Ten 900 kilogramowy Nimbus 4 , ma wyposażenie godne samolotu rejsowego, łącznie ze światłami do nocnych lotów i potężną butlą tlenową wypełniającą połowę kadłuba i nawet ten sam krzywy kij do wygarniania kanapek ze schowka, którego używano w Patagonii.

Miła niespodziankaJ.M. Clement sprawił mi niesamowitą niespodziankę proponując lot nad Alpami. Zna je jak meble w mieszkaniu, gdyż mieszka w pobliżu Briancon i wylatał tu kilka tysięcy godzin. Do każdego lotu przygotowuje się bardzo solidnie. Ponieważ jego pasją jest latanie falowe , zawsze liczy się z możliwości przebywania paru godzin w mroźnych przestrzeniach, toteż przed startem ubrali mnie jak polarnika- w te same filcowe buty z których korzystał Sebastian w Patagonii. Przed rytualne startem odczytanie listy kontronej czynności.Wszystko pod troskliwym okiem niezwykle życzliwej i ofiarnej żony.Po uruchomieniu silnika, oraz uzyskaniu zgody na wzlot fantazyjny, ułański, wiraż z miejsca kotwiczenia wokół zdumionych pilotów w kolejce  startowej.Ciężka maszyna tocząc się  po trawie łomotała na nierównościach, jak pociąg na rozjazdach, powoli odginając  ku górze swe długie skrzydła. Dopiero przed końcem pola wzlotów ucichł łoskot koła i jazda po wybojach zmieniła się delikatne kołysanie. Po dotarciu nad piargi wygrzewające kominy w okolicy lotniska, schłodzony został  silnik. Dopiero gdy to  hałaśliwe urządzenie  spoczęło w kadłubie zaczął się wreszcie prawdziwy lot. Kominy nie były satysfakcjonujące, toteż gdy tylko wznieśliśmy się na odpowiednią wysokość Jean prześliznął się nad trawkami przełęczy otwierającej drogę do następnej doliny w której spodziewał się konwergencji. Faktycznie. Ledwie 3-4 km dystansu a inny świat.Całą dolinę wypełniały piękne cumulusy a dosłownie z paru metrów nad kopcem  kamieni zabrał nas mocny komin i z prędkością szybkiej windy wyniósł na wysokość pozwalającą patrzeć z góry na okoliczne szczyty. Wszystko stało się proste. Od niezawodnego dwutysięcznika Blayeul krawędź chmur kształtowanych na linii zbieżności dawała  regularne pasmo wznoszeń, toteż prędkościomierz przyjemnie oscylował  po prawej stronie łuku  a ośnieżone szczyty przepływały obok kabiny jak wierzchołki wypiętrzonych chmur podczas rejsowego lotu. Trzej Muszkieterowie, Biała Góra , Morgon, Czapka Żandarma-  dobrzy znajomi z przepraw przez Alpy i manewrów pilotów na skraju wysokich gór, szybko zostały z tyłu.

Spotkania z historia.Za Bercelonette, ukrytym w głębokiej dolinie, przypomniało mi się  dręczące mnie od dawna pytanie o drogę  Hannibala przez Alpy. Clement potwierdził  moje przypuszczenie, że to właśnie tędy wędrowała  starożytna armia. Stromo,a na przełęczy drogę zagrodziły skały, których nie mogły przekroczyć słonie.Kartagińczycy poradzili sobie , choć nie mieli dynamitu.Paląc gigantyczne ogniska rozgrzali skały do takiej  temperatury, że przy gwałtownym schłodzeniem za pomocą wina /pewnie też i wody /  popękały. Nie było helikopterów aby można było zrobić jednoczesny zrzut dużych ilości tego szlachetnego chłodziwa, więc jest zastanawiające ilu ludzi i jak wlazło na te piekielnie gorące kamienie dla równoczesnego wylania dużej ilości płynów studzących.Za następnym grzebieniem skalnym znów historia. Imponujące fortyfikacje Briancon, które  ryglowały kolejną przełęcz tak skutecznie, że nikt  przez wieki nie próbował sprawdzać skuteczności dział tej twierdzy. Właściwie na każdej strategicznej  przełęczy widać ślady działalności ludzi, którzy zabezpieczali się przed gromadnymi wizytami nieproszonych gości. Sto lat temu, po wschodniej stronie łuku Alp, mój stryj Kazimierz, jako poddany JCKM Franza Josefa, przez wiele miesięcy musiał z kompanami tkwić w okopach,  wystawionych na ostrzał z podobnych włoskich fortalicji i wykutych wewnątrz gór kazamatów, nim w kolejnej ofensywie przedarli się nad Piawę. Dziś na szczęście te umocnienia nie mają załóg i są tylko ciekawostką historyczną, ale jazda z wózkiem szybowcowym przez serpentyny takich przepraw wśród ośnieżonych skał  także  skutecznie podnosi tętno i ciśnienie krwi.

Jak na wycieczce krajoznawczej. Moja sytuacja była komfortowa. Czułem się jak pasażer pierwszej klasy w samolocie prowadzonym wprawną ręką znakomitego pilota, który zna te góry jak układ mebli we własnym mieszkaniu. Jean mieszka w pobliżu Briancon i wylatał wśród tych skał tysiące godzin. Imponowała mi pewność z jaka w połowie wysokości kamiennych olbrzymów meandrował przez  wąwozy wydające się skalnymi pułapkami bez wyjścia. Wiedział gdzie i po której stronie można spotkać przychylny powiew wiatru, gdzie trzeba szybko uciekać  na przeciwległą ścianę, a gdzie lecieć środkiem doliny.Ciężki i wielki Nimbus zachowuje się w locie jak dostojny król przestworzy.Miękko wybiera wszelkie turbulencje, ale jego 26 metrowe skrzydła wymagają specyficznej techniki krążenia. Przelecieliśmy tak nad Coll de Var wśród imponujących szczytów Alp Kotyjskich  ku ich wschodniej części, gdzie  masy powietrza  wypychanego  z północnych Włoch ścierały się z wiatrami górnymi , wytwarzając pracowite chmury kolejnej konwergencji. Te wyniosły nas wysoko, więc chmury w okolicach Turynu wyglądały jak mgła kryjąca rankiem doliny. Pod nami znana mi z przepraw przez Alpy  dolina  Suse.  Jean nie oszczędzał butli z gazem życia i wypełnił nim kaniule, które wsadziliśmy sobie do nosa już przed startem. Stąd skok nad lodowiec Glacier Blanc w wysokim  masywie Ecrines. Olśniewa widok rozległego lodowca pokrytego warstwą świeżego śniegu, którego nie naruszyła żadna żywa istota, a rozległa runda tuż  nad polarnym pustkowiem wciśniętym między ostre, czarne, skały zostawia wrażenie na całe życie.Jest to jednak park narodowy,więc wycofujemy się nad Suse.

Bez biletu. Stąd kroczek do Bardonecchia, gdzie przed kasami utwierającymi czeluść długiego tunelu w kierunku Mt.Blanc  uformowała się spora kolejka samochodów. My nie wykupujemy biletu na ten skrót , lecz górą, na niezbyt imponującej  wysokości,  przemykamy przez długą  przełęcz do  doliny  wiodącej ku Grenoble. Tam cieszy oko i dodaje  raźności widok szybowców kręcących się wokół ładnie położonego lotniska Sollieres. Defilujemy nad rozległym, położonym w wysokiej kotlinie, jeziorem Mt.de Canies. Wokół zdumiewające ogromną ilością ciągle świeżego śniegu stoki z dużą  ilością wyciągów narciarskich. Jednak tylko w nielicznych miejscach widać przetarte nartostrady i pojedynczych amatorów tego sportu. Lato ma swoje prawa i rozrywki właściwe tej porze roku.Przed nami kolejna piękna włoska dolina Aosty. Chmury kryją jednak okoliczne szczyty i otulają widoczny już Mt.Blanc. Jean z uporem usiłuje znaleźć zafalowanie, które pozwoliło by nam wznieść się nad kalenicę Europy. Niestety. Wiatr wziął sobie urlop. Zdechła też konwergencja dająca szansę na przeskok przez ostrą grań. Jeszcze jeden rzut oka na ostry wierzchołek Białej Góry przebijający się nad warstwę chmur i zaczynamy odwrót do domu, oraz igraszki z silną przed wieczorem górską bryzą i termiką nagrzanych skał. Przed jeziorem Poncon mamy około 1700 m wysokości.  Mój guru stwierdza,że to zbyt mało, aby iść wprost na kraniec skały Morgon, górującej niczym dziób  gigantycznego pancernika nad szmaragdowymi wodami akwenu. Zawijamy więc wokół Chabrieres , który jest południowym przyczółkiem masywu Ecrines, na jego nasłonecznioną jeszcze stronę. Kilka esów w  wartkim strumieniu termiki skalnej wystarcza, aby wskoczyć bezpośrednio nad szczyt  Dormillouse, od którego zaczyna się zwykle wygodna jazda wzdłuż skał legendarnego „Parcuru”.

I vot, zdjes aszybka…Ściany skalne leniuchują. Nie zabierają też rozległe chmury konwergencji, a szybko podchodzi pod kadłub nieprzyjazny las płaskowyżu. Wszystko jasne. Wiatr zmienił się na wschodni , więc  trzeba zwiewać na kraniec skalnej kurtyny, poprawić wysokość  i nad  granią szukać dojścia do zbawczych prądów konwergencji. Nad grzebieniem było już jak w opowieściach starych alpejskich lotników, czyli  beztroska jazda przed rwące ku niebu ciepłe strugi. Nad przyjazną szybownikom  górą Blayeul, mimo późnej  pory, witają nas kolejne  rozległe wznoszenia windujące naszego ciężkiego liniowca na niepotrzebną już wysokość z której lotnisko w Sisterone było by dostępne nawet w locie  „Salamandrą”. Za nami około 7 godzin lotu i tyle wrażeń, że nawet nie tknąłem jabłka wziętego do kabiny ku pokrzepieniu ciała.

Drodzy Państwo Clement !  Serdecznie dziękuję Wam za ten piękny prezent.

Tomasz Kawa


Choć na ziemi upał załoga przygotowana do lotu w mroźnej przestrzeni. Z lewej J.M.Clement.

 

Taka żona to skarb.Podwiezie, wyposaży,  przygotuje wszystko do lotu, pomoże usadowić się w kabinie i wysiąść,

 

 

 

wypuści  do lotu, czeka przy radiu, wspiera przy krzątaninie  po locie.

 

Sisteron, miejsce przyszłorocznego finału Grand Prix.Na hangarach foto ogniwa, na polach folie chroniące sady przed gradem i „farmy elektryczne”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miejscowe PKO przy lotnisku

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jouer- tutejsza Jaworzyna. W tle Brama Prowansji – za nią  St.Auban.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Startujemy na „parkur”

 

 

 

 

 

 

 

Trzej Muszkieterowie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Alpy Kotyjskie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Masyw Ecrines

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przełęcz de Var St Marcellin

 

 

 

 

 

 

 

St Crepin lotnisko.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prechaval na wschód od St Crepin

 

 

 

 

 

Mt Pelvoux

 

 

 

 

 

 

Tet du Peyron, dolinka Bouchouse

Komentarze

Dodano: 19.06.2013Przez: Fan SZD

Czyżby spełniło się to o czym pisał Sebastian w jego książce na stronie 110?

Dodano: 19.06.2013Przez: Krzysztof

:-)))

Dodano: 19.06.2013Przez: mieszko

pięknie opisane i sfotografowane. i jaka przygoda…

Dodano: 20.06.2013Przez: mieszko

Wszystkiego Najlepszego na urodziny, Wuja! 100 lat!

Dodano: 21.06.2013Przez: Jerzy Pawłowski

Fantastyczny lot! Marzenie każdego szybownika. Znam te miejsca jedynie z lotów przy pomocy CONDORA.

Dodano: 23.06.2013Przez: Krzysztof Potocki

Wspaniały opis zmagań, z nutką historii, i… te zdjęcia 🙂

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com