Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

Czekamy na wiatr.

Wtorek, jesteśmy na miejscu od 4 dni. Wreszcie mam trochę czasu by podzielić się wrażeniami. Wczoraj poleciałem na „krótki lot 600km”, spacerek, bo jak to określa Jean Marie pogoda jest katastroficzna. Ale jednak, lataliśmy 5 godzin i o 9 wieczorem byłem wykończony. W poprzednich dniach sporo zajęło nam wyszukiwanie wspólnej kwatery, tak byśmy byli w pobliżu mieszkania Jean’a i razem skoro mamy jeden samochód. Weekend komplikował jeszcze nieco sprawę a po drodze musieliśmy opanować sporo wiedzy związanej z lataniem w Argentynie specyficznym wyposażeniem szybowca i kilka słów po hiszpańsku by dogadać się z kontrolerami. Podróż samolotami trwała prawie 30 godzin, bo niestety wydłużały ją postoje na lotniskach we Fankfurcie i Buenos Aires. Kilka godzin tu, kilka tam. Zbyt mało by wyjść na miasto, a zbyt wiele by mówić o sprawnej przesiadce. I tak mieliśmy szczęście, bo lokalne loty w EZE przeniesiono na lotnisko międzynarodowe więc nie trzeba było nigdzie jechać. Ostatecznie mamy mieszkanie w nowym bloku w centrum miasta, blisko sklepów i kwatery głównej Jeana. Kilka razy jechałem już na lotnisko z nim, bo gdy jeszcze latał z poprzednimi gośćmi pomagałem by zaznajomić się z procedurami. Wieje tu non stop, właściwie można się dziwić, że bloki nie są podobnie poprzechylane wiatrem jak wszystkie drzewa w okolicy. Przejrzystość powietrza sięga setek kilometrów widać rotory i cumulusy ale te są bezużyteczne. Przy takim wietrze liczy się tylko fala. Niestety czasem wiatr jest zbyt słaby, 40km/h to mało i właśnie mamy taką sytuację. Chłodny El Ninio stworzył wielką bańkę wyżu nad Pacyfikiem i chłodne powietrze spycha niże na południe. Nie wiadomo kiedy się to zmieni. Najlepsza pogoda jest wtedy, gdy wieje około 100km/h. Nad miastem Baliloche leje kroplami wielkości grochu, a na końcu jeziora kilkanaście km dalej powstaje okienko fenowe, deszcz ustaje i można łatwo dostać się do góry. Zadziwiające jak szybko zmienia się tu klimat i roślinność, właśnie z powodu zjawisk fenowych. Mieliśmy okazję sprawdzić to na wycieczce w niedzielę gdy Jean latał z Brytyjczykiem. Początkowo byliśmy przy lotnisku nad jeziorem. Zabudowania wraz z historyczną wierzą która pamięta pionierskie czasy Santoine de Saint-Exupery z lotów poczty na południe. Budynki z niewielkim lasem osłania płyte przed wiatrem i dzięki temu można pozostawić szybowce na zewnątrz. Kilkadziesiąt metrów dalej wiatr jest już tak silny, że nie można otworzyć kabinki więc wszyscy wsiadają do szybowców w zaciszu i są holowani na start siedząc w kabinie. Nad jezioro, którego wody nie skaziła nawet kropla zieleni wlatuje się tuż po starcie z lotniska. Jest to jedyna opcja lądowania w razie awarii silnika. Mało zachęcająca, bo wody pochodzące z lodowców są strasznie rozbujane wiatrem wzdłuż jego tafli, która w górskim wąwozie ciągnie się 100km.

Wiatr wzdłuż doliny bywa bardzo silny i czasami szybowiec po oderwaniu się cofa się w tył spychany wiatrem. Od tego miejsca na wschód, jest wietrznie i sucho. Wszędzie unosi się ciężki pył który jednak łatwo zdmuchuje pęd powietrza na szybowcu a lżejsze drobiny już dawno poleciały do Atlantyku. Suche brązy traw i kamieni ciągną się aż do wybrzeża oceanu. Wystarczyło jednak pojechać 20 km wgłąb gór na zachód, brzegiem jeziora i zrobiło się zielono. Kolorowo od kwiatów żarnowców i łubinów. Za skalnym zakrętem zaczynają się potężne lasy a dalej już wysokie góry ze śniegiem i lodowcami. Bariloche jest Argentyńskim kurortem. Utrzymane w podobnym stylu domki z obowiązkowymi elementami kamienia i drewna mieszają się z nowym budownictwem, którego jest jednak niewiele. O tym, że miasto jest stosunkowo młode świadczy idealnie prostopadły układ jednokierunkowych ulic. Nie jest zbyt bogate. Ale to co w nim najpiękniejsze to położenie. Tuż nad brzegiem jeziora i u stóp zaśnieżonych Andów. Jezioro jest chłodne więc niewiele na nim się dzieje, ale od czasu do czasu można zobaczyć żaglówkę czy okutanego w pianki ekstremalnego surfera. Latanie w Argentynie wywraca do góry nogami wszelkie pojęcie o szybownictwie. Startując rano właściwie nigdy nie wiadomo, czy wróci się z takiego lotu, czy skończy się on na lotnisku 300km dalej. Silnik nie daje żadnej gwarancji powrotu, czy ratowanie się w razie kłopotów. Nie wiadomo czy po kilku godzinach w siarczystym mrozie zapali, a w tym bardzo intensywnie eksploatowanym rotaksie zepsuło się już dosłownie wszystko i będzie się nadal psuć. Jean wymaga więc by w każdej fazie lotu mieć dolot do lotniska lub do nielicznych lądowisk zaznaczonych na drogach z zapasem 2000m… Tam ewentualnie odpalić silnik i wracać. Nie mają w zwyczaju przemieszczać się po całej Argentynie w pogoni za pogoda jak Klaus Ohlman ale jest to również możliwe. Najgorszy przypadek jaki spotkał Bruce’a lecącego Nimbusem to urwany pasek napędu śmigła, co spowodowało, że śmigło obracało się, nie można go było schować a szybowiec z tak potężnym hamulcem leciał z doskonałością około 1:10. Innym problemem jest komunikacja w przestrzeni kontrolowanej której jest tu mnóstwo, ale nigdzie nie ma radaru… Wszystko opiera się na procedurach a kontrolerzy nie znają angielskiego. Mają się nauczyć do 2012 więc są miejsca, jak Barilocze, gdzie z chęcią rozmawiają w tym jezyku, ale lecąc na południe kolejne lotniska posługują się jedynie hiszpańskim. Czytamy więc z kartek ustalone proceduralne zdania i mamy nadzieję, że z powrotem słyszymy to co mamy nadzieję usłyszeć. Hiszpański nie jest trudny, ale jednak przez radio strasznie niezrozumiały. Sytuację ratuje to, że nawet na najbardziej uczęśzczanym lotnisku Bariloche jest tylko kilka lotów dziennie (zwykle dwa do czterech) a gdy wszystkie sposoby zawodzą kontrolerzy też ostatecznie zadają jakieś pytanie w zrozumiałym języku gdy faktycznie trzeba się dogadać. Pod tym względem pamiętają czasy historycznych drewnianych wierz na swoich lotniskach. Zwykle jednak nie interesuje ich co się dzieje z szybowcami bo nie ma ruchu i pozwalają na wszystko. Do tej pory legalnie można było latać VFR do poziomu lotu 195 – 6000m ale od tygodnia wydano zgodę na loty w przestrzeni kontrolowanej do 275. 6000m to w takich warunkach może być mało wysokości. Silny wiatr, silne duszenia i ogromne odległości zmuszają do latania wysoko. W północnej części kraju są rejony, gdzie nie ma przestrzeń jest niesklasyfikowana i można wznosić się jeszcze wyżej, ale w sumie jest to już bardzo niebezpieczne. Szybowiec Jeana wyposażony jest w dwie butle tlenowe, jedna z nich zajmuje połowę długości belki ogonowej, druga jest za plecami ale i to zawsze może się popsuc więc do lotów powyżej 6000m zabiera się jeszcze ratunkowe aparatury tlenowe z niewielką butlą na kilka minut by w razie awarii zejść poniżej 4000m. Wczoraj wykonałem pierwszy lot, pogada słabiutka jak na tutejsze warunki, niestety w tym roku taka przeważa, więc początkowo by wejść na falę lecieliśmy 40 minut na silniku na południe. Po drodze przecięliśmy oś pasa lotniska komunikacyjnego co jest najlepszym rozwiązaniem by przestali się wtrącać. To co na południe od pasa niewiele interesuje tutejszych kontrolerów bo z powodu gór procedury są skierowane na północ. Jak bezużyteczne stają się tu szybowce z silnikami dolotowymi widać było na przykładzie wczorajszego dnia. Żaden nie był w stanie dolecieć na południe do fali na 3000m wysokości a dodatkowo musieli zostać wyholowani przez holówkę. Pomimo że wielu z nas jest pilotami samolotowymi, właściciele szybowców musieli stać się członkami klubu w Argentynie by latać, to nie pozwolili nikomu innemu holować. W efekcie mniejsze szybowce stały się zakładnikami holownika bo gdy jest TEN dzień trudno liczyć na start o 5 rano. W ten sposób byliśmy jedynym szybowcem który poleciał na przelot. Na południu pogoda już się poprawiła, wiatr wzrósł z 40 do 90km/h i pojawiły się soczewki. Z Brucem Cooperem sprawdziliśmy pogodę jak najdalej w dół, byliśmy nawet tak bardzo na wschód nad pampą, że nawet Jena powiedział „Ooooo…” i w końcu pogoda się urwała. Wiatr skręcił na południowy i górny system fali z soczewkami wyparował. Wróciliśmy bezpiecznie nad najbliższe lotnisko i znów dopadliśmy silnej fali. 3m/s i soczewki ponad 6000m. Dalej na północ spotkaliśmy falę dryfującą z wiatrem (czego nawet nasz guru nawet nie widział, bo zwykle nie odrywa się od ziemi przy takiej słabej pogodzie) i w końcu zjawisko, które nazywają tutaj hydraulic jump. Jest to potężne zachmurzenie które jest spowodowane wyhamowaniem masy, właściwie to nawet do końca nie wiadomo jak to powstaje i jak to prognozować, ale pozwala to na latanie tysięcy km w umiarkowanym wznoszeniu. Jest to coś podobnego do zjawiska jakie tworzy się na płynącej po płaskiej powierzchni wody gdy napotyka ona na przeszkodę. Fala jest dużo przed przeszkodą, jedna a prąd ma niemal zerowy przepływ. Albo spływająca woda dzieli się na falki w równych odstępach gdy cienka warstwa zostaje wyhamowana przez tarcie i napływają następne masy spiętrzając się nieco w różnych odstępach. Różnica z falą polega na tym, że jest tylko jedno miejsce na krawędzi, gdzie jest bardzo rozległe noszenie i wiatr zwalnia. Noszenia nie powtarzają się w regularnych odstępach z wiatrem a cały system powoli dryfuje na wschód. Gdy wracając do domu chmury tego zjawiska pojawiły się nad nami próbowaliśmy wyszukać noszenie, niestety nie udało się od razu, bo jeśli się jest dużo poniżej, trudno je zlokalizować. Gdy jednak już zdecydowaliśmy się polecieć do lotniska 230km/h wreszcie wpadliśmy w 3m/s gdy już tego nie chcieliśmy. Ciągnęło się w nieskończoność. Można było lecieć daleko na północ w kierunku wulkanu Lanin pod krawędzią która jak zwykle ustawiała się skośnie do kierunku wiatru na północny zachód ostatecznie wyprowadzając do Chile. Ostatecznie 606 km trasy bo Jean nalegał na przygotowanie się do następnego dnia a wracając o 21 na lotnisko, po kilku godzinach uzupełniania wszystkiego w szybowcu trudno się wstaje o 5 rano. Dzisiaj mój dzień przerwy. Piotra zapakowaliśmy do szybowca okutanego w najgrubsze kurtki jaki istnieją, bo po południu podchodzi front będą chmury i okrutnie zimno. Poleciał z Jeanem pobijać rekord polski na trasie 1100km. Oczywiście znów to trochę będzie kosztowało, pewnie do pierwszego rotora zużyją bańkę paliwa, ale jeśli tylko front pozostawi odpowiednio dużo czasu przed wieczorem będzie co zgłaszać. Następne dni nie nastrajają optymistycznie.

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com