Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

Widziałem Cumulusy – nad Atlantykiem, ale jak wysoko!

Większość z nas z niedowierzaniem spoglądała na kartkę z zadaniem dnia

na której z uporem znowu pojawiło się zadanie 366km. Co prawda meteorolog odważnie wpisał na swoim raporcie 4m/s o godzinie 16:00, ale widząc co się dzieje nie mieliśmy wątpliwości , że będzie gorzej. Znowu wiało mocniej niż przewidywała to prognoza, z południa nasuwały się niewielkie łaty cirrusa związane z jet-streamem na dużej wysokości i przy starcie nosiło jak zwykle, czyli kiepsko. Niemniej udało się uzyskać wysokość około 1300m, więc wszyscy czekali na poprawę pogody, podczas gdy starty pozostałych dwóch klas jeszcze trwały. Nad linią zbił się ogromy peleton wszystkich szybowców klasy standard i zrobiło się dość ciasno. Gdy noszenie spadło do zera udało nam się zamarkować odlot  i sprowokować dużą grupę szybowców do odejścia. Dokręciliśmy jeszcze raz i po pięciu minutach polecieliśmy na trasę, 45 minut wcześniej niż zakładaliśmy to rano po analizie dostępnych prognoz  pogody. Początek nie był budujący , ale paręnaście minut po odejściu wreszcie dopadliśmy lepszego noszenia i to pozwoliło nam dogonić pierwszą grupę. Okazało się że są w niej nasi najgroźniejsi rywale z Mario Kiesslingiem  na czele. Kominy były baaardzo rzadko. Trudno było trafić i inaczej niż zwykle, nawet przeskakując z około 1500 można było spaść do parteru nie znajdując niczego konkretnego. Nic więc dziwnego, że co jakiś czas widać było szybowce na wysokości kręgu do lądowiska.  W połowie boku byliśmy już z Michałem najwyżej w grupie i skacząc do przodu wpadliśmy na wspaniałe noszenie, nawet momentami do 4m/s, co zdecydowanie podniosło nam poziom latania. Nam i całemu peletonowi. Niestety następne noszenie ominęliśmy i trochę nas przegonili, ale dalej byliśmy w dużej grupie, co przy tych silnych noszeniach oznaczało prawie remis. Trasa w tym miejscu zbliżała się już do wybrzeża Atlantyku i na jego brzegu widać było piękne cumulusy zawieszone na wysokości około 4000m.  To konwergencja na czole bryzy, której spodziewał się meteorolog. Niestety było to zbyt daleko w bok. Niemniej w dobrych kominach osiągnęliśmy pierwszy punkt krążąc nawet jeden raz pod kłaczkiem! I tu nasze nadzieje na szybkie ukończenie trasy prysnęły.  Gdy tylko odwróciliśmy się w stronę Sierra Ventana / Gór Wietrznych/ wiatr się nasilił.Wyszliśmy spod wpływu konwergencji a noszenia były rzędu 0,7m/s. Przy 40km/h wiatru zatrzymało nas to w miejscu i przez 40 minut posunęliśmy się około 20km w stronę punktu. Tu Mario i Felipe trafili gdzieś z boku porządne 1,5m/s i wybili się nad wszystkich. Kilkanaście kilometrów dalej trafili mocny komin i zanim dotarła do nich reszta, zniknęli już daleko z przodu. Wreszcie w cieniu gór, które nieco spowalniały wiatr, pojawiły się dobre kominy i zaczęliśmy lecieć w stronę punktu pokonując wiatr. Punkt był pomiędzy dwoma niewielkimi pasmami, wysokości około 1000m.W  turbulentnym powietrzu trafialiśmy solidne noszenia ponad 2m/s i zaczęliśmy podejrzewać z Tomkiem że są to nawet rotory, ale inwersja była zbyt wysoko, by wywołać falę. Niestety trzeba było polecieć dalej z wiatrem pakując się już w coraz słabsze warunki gasnącej termiki. Nad ostatnimi płaskimi pagórkami każdy trzymał się metrowych noszeń tyle ile się dało, ale w końcu i one się kończyły, więc trzeba było polecieć dalej. 1500m nie dawało szans na ukończenie trasy, bo do mety zostało jeszcze 128km.  Liczyłem jeszcze na nagrzane miasto. W tym krajobrazie, gdzie każda kępa drzew jest znakiem widocznym z dziesiątek kilometrów i kontrastem wywołującym kominy, więc tak duża nieciągłość mogła dawać noszenia. I trochę dawało, nad bardzo dużym obszarem były drobne bąble, ale niczego w czym można by zakrążyć. Punkt był zboku, więc trasa omijała nagrzane miejsce, ale po zawróceniu natychmiast odbiłem z wiatrem, by jeszcze w innym miejscu sprawdzić co dają nagrzane dachy. Nie przeliczyłem się, kilka kilometrów dalej znalazłem komin a w nim szybowiec ze znakami FL.Niemcy  musieli gorzej wykorzystać noszenia w górach. To był ostatni mocny komin tego dnia. Do osiągnięcia mety brakowało 1200m i na dalszym odcinku nie trafiliśmy już niczego powyżej 0,2m/s. Właściwie dawało się jeszcze tylko dryfować z wiatrem, ale ten zaczął wiać z północy i nie przybliżał nas do celu.  Po 20 km, lecąc razem, spotkaliśmy na tej samej wysokości jeszcze Mario i dalej już wspólnie szukaliśmy noszeń. To ciekawe, że w szybownictwie są momenty, gdy jedyną szansą ratunku jest współpraca z rywalem. I tak wspólnie poszukując  noszeń aż do krytycznej wysokości lecieliśmy trochę w bok od trasy, by nie oddalać się  od szosy nad bagna. Przekonałem się przy tym jak pięknie został dopracowany szybowiec Mario, który wyraźnie zyskiwał do pozostałych dwóch w każdym kominie. Nie miałem takich kłopotów, gdy latałem na starszym Discusie „V”, ale ten.. Widać, ze w fabryce ostatnio mieli coś innego na głowie, bo się nie przyłożyli. Szybowiec jest cięższy i ma wiele niedoróbek. Cóż, należało wybierać pole. Ponieważ Patagonia o tej porze to jedno wielkie, żółte ścierniskom ,  nie było z tym problemu i poleciałem do odległego pola które było przy szosie prowadzącej do Tres Arroyos. Gdy zobaczyłem z szybowca otwartą białą bramę nie miałem wątpliwości, że to dobre pole. Wczoraj musieliśmy przeciąć łańcuch, by wydostać z uprawy soji Barszcza. Felipe wylądował nieco wcześniej przy domach, a około minuty później zatrzymał się przy mnie Mario.Szczęśliwie udało się nam  przyziemić między głębokimi  jamami pancerników. Nie miał tego szczęścia Patryk Puskailer i złamał podwozie, ale ich ekipa niemiecka  ma wszystko i przed północą szybowiec był już naprawiony. Niegdyś polska ekipa techniczna była wzorem dla innych.  Ledwo wysiadłem z kabiny to obok bramy wiodącej do naszego lądowiska pojawił się wózek mojej ekipy.To mój siwy pomocnik przewidział gdzie wypadnie moje lądowanie i z uroczymi chłopakami z Medozy, których zjednał przed zawodami na członków mego zespołu wyjechali około 90 km na przeciw. Z drogi widzieli zakręcające do lądowania szybowce. Tak więc dzisiaj bez nocnych przygód i kłopotów  udało się wrócić do domu cywilizowaną porą – bardzo wcześnie przed wszystkimi ekipami. Więc jak chodzi o sprawność w ściąganiu mamy dzisiaj zwycięstwo. W lataniu remis.

Komentarze

Dodano: 10.01.2013Przez: Mirekk

Wieczorem tracking, rano relacja plus super fotki. Tak można kibicować 🙂 Szkoda tylko, że się opóźniają wyniki.

Dodano: 10.01.2013Przez: Arek

pogoda nie rozpieszcza,i jeszcze ten depresyjny, rowninny widok 🙂

Dodano: 10.01.2013Przez: Piotr Szafrański

Widzieliśmy to (Y vs FL) w trackingu. Było ekscytujace, doskoki/ucieczki… Dzieki za relacje!

PS. Byla dyskusja czy Y byl bardziej zabalastowany niz FL, bo tak troche wygladalo. Ale Pan pisze ze Y i FL lataly tak samo, wiec pewnie zludzenie patrzac na tracking…

Dodano: 10.01.2013Przez: INA & Adam-P.

Hallo Sebastian,
siwy pomocnik napisany mala literka ibez „signum citationis”:-(((
Gdyby tak moj junior napisal, musial by z nastepnego pola autostopem wracac na lotnisko i sam znowu z wozkiem w pole, a wiec patrz tam jako!;-)))
Podziwiamy Was wszystkich i mocno zaciskamy kciuki. Specjalne pozdrowienia Tomkowi!

Dodano: 10.01.2013Przez: INA & Adam-P.

Hallo Sebastian,
siwy pomocnik z malej literki i bez „signum citationis”:-(
Gdyby to moj junior tak napisal, musialby z nastepnego pola wracac autostopem na lotnisko i znowu sam z wozkiem do pola jechac, a wiec patrz tam jako!;-)))
Podziwiamy Was wszystkich i mocno zaciskamy kciuki.
Specjalne pozdrowienia przekaz prosze Tomkowi

Dodano: 12.01.2013Przez: Poul Kim Larsen

Thanks for sharing. Really enjoying your stories and pictures…must be very hard under these conditions. best wishes and safe landings.

Poul Kim

Dodano: 15.01.2013Przez: heniolwow

ladnie

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com