Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

Latanie na fali gorąca.

Nawet w Texasie 110 stopni Fahrenheita, co po przeliczeniu na naszą Europejską normę daje 43,3 stopnie Celcjusza, nie jest normą, ale się zdarza. Na taką pogodę natrafiłem w pierwszym dniach latania. Koszmar dla zwierząt i  dobry powód dla ludzi, by się schować w klimatyzowanych pomieszczeniach i nawet przez całą dobę z nich nie wychodzić, ale dla szybowników oznaczało to bardzo dobre warunki. Przy takiej temperaturze w powietrzu znad Zatoki Meksykańskiej wilgoć niosła ogromne ilości energii i wystarczyło tę gorącą zupę podgrzać by powstały doskonałe warunki ze szlakami i noszeniami  5m/s. Niestety taka pogoda powstaje dopiero dobrze  po południu, więc pozostaje niewiele czasu na pokonywanie wielkich odległości.  Holowanie, jak to zwykle bywa na nieoficjalnym treningu, szło dość ślamazarnie i jedna holówka, która za każdym razem zrzuca line w okolicy szybowców nie dawała rady. Jej pilot  tracił sporo czasu na ten manewr a zrzucając line z wysoka zagrażał szybowcom i ludziom. Jednak wkrótce nadeszły posiłki w postaci żółtej Cessny agro i obaj czują się coraz lepiej w roli myśliwca nurkującego i holowanie ruszyło z miejsca. Taki trening, bez wyznaczonego zadania jest bardzo leniwy, ale dla mnie każdy kontakt z nowymi warunkami był cenny, bo nie mamy doświadczenia z tutejszą pogodą. Teren płaski jak okiem sięgnąć i nawet słynne, złowrogie, ze względu na brak miejsc do lądowanie Hill Country to jedynie niewielkie uniesienie niziny,  niezauważalne z powietrza.  Jedyną różnicę sprawiają łaty większej i mniejszej wilgoci, która napłynęła z nocną bryzą od Zatoki Meksykańskiej. Tam gdzie jest jej więcej – powstają chmury i szlaki, tam gdzie jest jej mniej – słaba bezchmurna. Pierwszy dzień polecieliśmy początkowo pod wiatr na południe, aż chłodniejszy wpływ zatoki wywiał wszystkie chmury i pozostawił bezchmurną. Potem na północ w górki  i wreszcie próbowaliśmy polecieć w kierunku balonu zakotwiczonego na granicy z Meksykiem, ale pogoda zaczęła się psuć i wróciliśmy.  Trudno było lecieć w poprzek szlaków które po podsuszeniu atmosfery rozstawiły się w odległościach nawet 30 km. O 19:00 nad lotniskiem przeszedł front bryzy, który zmiatał nam w czasie lotu chmury i zaczął mocno trzepotać wszystkimi pokrowcami i flagami. Przed lądowaniem miałem jeszcze okazję sprawdzić, że jego krawęź daje się wykorzystać do latania. Po tym dniu okazało się, że w takiej pogodzie nie ma większego znaczenia rozpiętość skrzydeł, a 15m Diany 18m ASG i 26 Nimbusa4 –  dają podobne możliwości w lataniu po prostej z prędkościami 200km/h. Na trzeci dzień dołączył do nas Mirek. Pogoda dopiero teraz pokazała jakie ma możliwości.  Choć, że starty jak zwykle przeciągnęły się do 15:00 udało się przelecieć po 700km, a Viktor na dłuższych skrzydłach Nimbusa dołożył jeszcze trochę i zakończył lot po przeleceniu 800.  Próba dolotu do lotniska pod szlakiem bez jednego okrążenia ze 130 km na południu udała się w 100% i Wiktor zaraz za lotniskiem ponownie wpadł w noszenie 4m/s, co pozwoliło mu zaliczyć  jeszcze sporo kilometrów. Ja nieco wcześniej odbiłem w kierunku granicy z Meksykiem i nie spodziewałem się, że wylecę poza obszar na którym rozrzucono ostatnie punkty zwrotne na zawody. Rozochoceni tak dobrymi warunkami postanowiliśmy spróbować przelecieć 1000km następnego dnia. Wytoczyliśmy szybowce na pas startowy, który był w użyciu dla dużych samolotów, tak, by nie przeszkodzić w holowaniu się kolegów na start. Poprosiliśmy holowników o wcześniejszy hol.  Zgodnie z prognozą zaplanowaliśmy pierwszy bok na północ do Eldorado (!) z wiatrem i tam, gdzie mały być najlepsze cumulusy. Potem Uno Mas na południu i ponowne te same okolice na północy. Niestety nasze zamierzenia szybko zweryfikowała pogoda. Po przeleceniu 40 km okazało się, że dalej można liczyć tylko na noszenia 0,5m/s a chmury zniknęły. Wiktor postanowił trochę poczekać, a my z Mirkiem zmieniliśmy kurs na południowo-wschodni i pod słabo określonymi szlakami dotarliśmy wreszcie do bardziej wilgotnej masy znad zatoki. Od Laredo lecieliśmy już pod wielkimi cumulusami bryzy, ale tu noszenia zaczęły ponownie słabnąć. Mirek nakręcony na tysiąc parł do przodu, ale mnie nie bawiły już takie bezcelowe zabawy 250 km od domu. Przeleciałem już wprawdzie kiedyś prawie 600km w 2 gdziny, ale to było na fali i w innym miejscu świata. Na termice takie harce mogą się skończyć tylko lądowaniem daleko od domu. W końcu zawróciliśmy. Mirkowi zaczęło brakować prądu w akumulatorach i wyłączył radio. Wkrótce potem, gdy znów mijaliśmy Laredo, dość daleko od strefy kontrolowanej lotniska, miał okazję by włączyć się znów w korespondencję a powodem był bardzo głośny hałas przelatującego tuż obok, na wznoszeniu, samolotu pasażerskiego. Mirek go nie widział, był bowiem nieco bardziej na wschód i samolot wleciał już w cumulusy nad szybowcem, natomiast ja ze zdziwieniem wybałuszałem oczy, gdy przed nosem mojego szybowca w odległości około 500m przeleciał piękny 767 w brązowo beżowe pasy. Nie wiem czy mnie widzieli, ja natomiast doskonale widziałem zmarszczki gorącego i zadymionego powietrza z jego silników. Podobno tak się tu zdarza… Wróciliśmy w końcu nad Uvalde i wydłużyliśmy nieco przelot w Hill country a tam szlaki kończyły się dokładnie w tym samym miejscu co rano. Posanowiłem lądować, ale jak tu lądować, kiedy lecąc do lotniska z zapasem 300m okazuje się , że nad pasem pozostało nadal 1500? Potowarzyszyłem jeszcze trochę Mirkowi, który ambitnie pognał znów na południe. Nie udało mu się jednak . Przleciał „tylko” 950km, bo bał się, że gdyby zabrakło noszeń nie byłby w stanie otworzyć silnika. Korzystał już z ostatniego akumulatora jaki miał w szybowcu a piękny szlak którym leciał na południe miał dużą przerwę i wymagało to długiego przeskoku pod następny odcinek. Lądował 30 minut przed zachodem słońca w cieniu kowadeł burz znad Meksyku.  Sebastian Kawa

powietrze

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com