Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

30.medal Sebastiana 1.Diany 3

Mimo powodzi Szybowcowe Mistrzostwa Europy rozegrane.

Ministerstwo rolnictwa powinno wspierać szybownictwo.Słoneczna pogoda raduje szybowników i większość ludzi, ale susza jest zmorą rolników. Często się Zdarza, że podczas zawodów szybowcowych dokuczliwe opady deszczu występu w miejscach słynących z dobrej pogody. Jest to deprymujące więc powstało powiedzenie -Jeśli chcesz mieć wodę na pustyni to zorganizuj tam zawody szybowcowe. Tak było w RPA, w Morawskiej Trebowej, w Argentynie, na Litwie, jest też tak w Stalowej Woli. Zimno deszcze, a nawet śniegi, nie dziwią nas w dniach przypisanych zimnym ogrodnikom i posiusianej Zośce, ale droga połowa maja na ogół bywa pogodna.

Dobra pogoda była w dniu otwarcia i pierwszym dniu zawodów, ale kolejne prezentowały pełen wachlarz deszczowej pogody, od zimnego dżdżu, po ulewne burze. Zacierają ręce rolnicy i rechocą żaby, bo wyschnięta ziemia dostała wreszcie sporą porcję wody, ale organizatorzy i uczestnicy mistrzostw tęsknią już za normalnym wyglądem tutejszego nieba.Miejsce jest atrakcyjne dla szybowników. Duże kompleksy leśne na piaszczystym podłożu ciągnące się przez cały pas środkowej Polski i korzystne układy atmosferyczne, z dość często formującą się tu linią wyżowej konwergencji, pozwalały na wykonywanie wspaniałych przelotów.Tu swego czasu na zawodach szybowcowych Karol Staryszak przekroczył rekordową jak na nasze warunki średnią prędkość 160 km/godz. Nawet w tych zawodach, choć pogoda daleka jest od ideału, średnie prędkości zwycięzców osiągają 120-130 km/godz.

Organizatorzy włożyli wiele serca w przygotowanie imprezy. Starannie przygotowane lotnisko, stanowiska z wygodnym systemem tankowania szybowców, przyjemny camping, kapitalny jak na nasze warunki stan obiektów, czystość i estetyka, oraz inne szczegóły poprawiające komfort uczestników i przebieg zawodów tworzą korzystny obraz. Zawody odsłoniły jednak słabość naszego przemysłu lotniczego i aeroklubów. Gdzie te czasy, gdy na czas zawodów można było do obsługi wzlotów zgromadzić dowolną ilość jednorodnych, sprawnych, samolotów holujących rodzimej produkcji: Junaków, Gawronów, Wilg. Tu mimo usilnych starań obok własnego Jak-12 pozyskano Wilgę i zdołano sprowadzić z Nitry trzy Turbo Cmelaki. Teoretycznie wystarczającą ilość dla 60 szybowców, ale okazało się, że te dwa pierwsze dostają zadyszki, gdy bardzo ciężkie szybowce trzeba holować z prędkością 130- 140 km/godz. Na placu boju zostały tylko „Turbaki”, więc mimo wielkiej sprawności słowackich pilotów starty trwają 1h 40”. Nie byłoby to problemem przy normalnej pogodzie, ale gdy trzeba wykorzystywać krótkie okresy korzystnej pogody, nie ma czasu na manewry przed startem. Trzeba odlatywać niemal natychmiast po otwarciu startu lotnego. Jest to zmorą pilotów aktywnych a ułatwieniem dla pilotów stosujących taktykę odlatywania w kilka minut za liderami, a potem biernego wożenia się za nimi. W tej sytuacji nie ma mowy o stosowaniu regulaminowych 5- 10 minutowych slotów odlotowych, które mają przeciwdziałać takim praktykom. Czas odlotu w danym slocie jest jednakowy dla wszystkich, którzy startują w danym przedziale czasu np. między 13.30 a 13.40.

Pierwszy dzień był dla nas bardzo korzystny. Sebastian lata na Dianie 3 w klasie 18-metrowej w parze z Karolem Staryszakiem. Rozumieją się jak bliźniacy. Są wobec siebie bardzo lojalni. Obaj osiągnęli mistrzowski poziom w pilotowaniu szybowców i rozgrywaniu lotów, więc tworzą wzorcową parę polskiej szkoły latania, jakiej nie było od czasów Makuli- Popiela i Wróblewskiego- Kępki. Darek Żbik żartuję, że wystarczyłby im jeden logger do zapisywania przebiegu lotów. Podczas pierwszej konkurencji z kołowymi obszarami nawrotów w 3- godzinnym limicie czasu osiągnęli dystans 400 km co dało średnią prędkość 130 km/h. Sekundy zadecydowały, że F. Jones uzyskał 1000 punktów, Karol 999 a Sebastian 996, lecz Brytyjczyk stosował taktykę rzepa na psim ogonie. Łukasz Wójcik wygrał w klasie otwartej a Zdzichu Bednarczuk był piąty. Tomek Rubaj z Mirkiem Matkowskim zajęli 4 pozycję wśród szybowców dwumiejscowych.Deszcz wystudził na 3 dni emocje. Czwartego dnia prześwit w chmurach pozwolił na poderwanie szybowców w powietrze i lot w kierunku Kielc, ale mokrzy posłańcy znad Morza Czarnego zagrodzili wszystkim drogę powrotu.

Sebastian ma szybowiec bez silnika dolotowego, więc lądował w polu , lecz mimo to wygrał konkurencję. Karol musiał 20 km wcześniej włączyć swój „wentylator” zapewniający dolot do lotniska. Stracili parę punktów nasi piloci w klasie otwartej, a startująca na końcu klasa dwumiejscowa z nie zdołała osiągnąć minimum odległości niezbędnej do zaliczenia konkurencji.

Choć nad naszą częścią Europy rozsiadł się układ niżowy nad południowo- zachodnią częścią Polską utworzyła się luka w chmurach. Wracałem wtedy z Żaru do Stalowej, więc miałem możliwość podziwiania jak słońce suszy zwartą początkowo warstwę mgieł a potem jej resztki mieniące się w dolinach tęczowymi refleksami. Za Tarnowem pojawił się gęsty pas chmur warstwowych, ale słońce z biegiem dnia rozprawiło się także z tym całunem. Po południu zdołano bez przeszkód rozegrać kolejny wyścig z limitem czasu i dowolnym wyborem punktów zwrotnych w kołowych obszarach nawrotów. Sebastian i Karol znów polecieli koncertowo i umocnili się na czołowych pozycjach. Dobry wynik osiągnął również Łukasz i Zdzichu, a 3. miejsce Rubaja i Matkowskiego umocniło ich na pozycji lidera dwumiejscówek.

Następny ranek napawał umiarkowanym optymizmem. Tomek Krok wyznaczył znów trasę z obszarami nawrotów między granicą wschodnią a Włoszczową w której maksymalne wykorzystanie obwiedni było możliwe dopiero przy średniej prędkości około 135 km/godz. Mokra ziemia niechętnie oddawała energię i wolno budziła się termika. Jednak warunki rozwinęły się nadspodziewanie dobrze i po południu niebiosa pyszniły się pięknymi cumulusami, które południowo-wschodni wiatr formował w krótkie szlaki przebiegające skośnie do przebiegu tras. Piloci stosując żeglarską halsówkę raźno połykali przestrzeń. Zapowiadało się na to, prędkości będą wyższe od założonych i wielu pilotów nie będzie w stanie wykorzystać w ograniczonym obszarze limitu czasu przelotu. Tomek z obawy przed linczem szykował się już do ewakuacji z lotniska, ale uratowały go tłumiące termikę ławice wysokich chmur, które nasuwały się na końcowe odcinki tras. Szybowce klasy 18-metrowej holowano w ostatniej kolejności, więc przy wykorzystywaniu 3 „Turbaków” linię startu lotnego otwarto dopiero o 15.20-ej. Deficyt czasu nie pozwalał na gry przedstartowe, toteż Sebastian i Karol bez zwlekania odlecieli na trasę pociągając za sobą wirujący korowód. Bez kłopotu dolecieli do zachodniego skraju okręgu nawrotów. Początkowo całe towarzystwo wracało jednym torem, ale nasi zdecydowali się za Radomiem przelecieć na wprost do drugiego obszaru nawrotów, a większość poleciała wzdłuż linii chmur układających się skośnie do trasy. Początkowo zyskali na tym, ale potem niemal pod kątem prostym musieli dolecieć do ostatniego kręgu. Nad tym obszarem był już cień. Sebastian zdecydował się wcześniej niż Karol na opuszczenie anemicznego wznoszenia. W dość ryzykownym przeskoku dotarli na wysokości 300 m pod aktywne chmury, które umożliwiły im bezproblemowy powrót do domu. Tym razem Francuzi zebrali profity z późniejszego odlotu i minimalnie wyprzedzili naszą parę, która generalnie umocniła swą 1. i 2. pozycję w tabeli. Podobne umocnienie zyskali Tomek i Mirek zwyciężając w klasie szybowców dwumiejscowych. Łukasz i Zdzichu wywalczyli piątą i szóstą pozycję w tym wyścigu i lokują się w ścisłej czołówce.

19-go maja od Bieszczad już od rana nasuwały się burze. W tej sytuacji Tomek Krok wypuścił na trasę tylko „dygnitarską” klasę szybowców dwumiejscowych, która w 4. rozgrywce nie zdołała osiągnąć minimum dla zaliczenia konkurencji.

Tym razem także w locie szybowcowym nikt nie zdołał oblecieć pełnej trasy, gdyż burze odcięły powrót do lotniska,ale  uzyskano odległości wystarczające do zaliczenia wyścigu i mistrzostw/ niezbędne są 4 zaliczone wyścigi/ a bractwo z pomocą silników wróciło do domu.

Walka o tron.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                            Sześć dni intensywnych opadów deszczu zamieniło okolicę w topielisko i powodowało lokalne powodzie. Zawodnicy wypełniali czas dziwnymi zajęciami.

Jednak w ostatnim dniu słońce przebiło się przed południem przez chmury warstwowe i powstała niewielka pogodna szczelina między frontami. Na innym lotnisku w takiej sytuacji nie dałoby się wejść na murawę, ale tu wystarczyło parę godzin bez deszczu i zdołano przepchnąć maszyny na start. Kierownik sportowy, Tomek Krok, ku zdumieniu wszystkich  wyznaczył ambitne jak na te warunki trasy o długości 350 – 400 km dla poszczególnych klas.  Wiadomo było,że w tym dniu będzie wielu takich którzy podczas startu lotnego będą starali się wypuścić przed siebie konkurentów i lecąc wprost do wyszukanych przez nich wznoszeń zyskać na wstępie parę minut. Przedłużająca się gra przedstartowa mogła doprowadzić do takiej zwłoki, iż brakłoby dnia na oblecenie trasy. Aby urwać te praktyki zaplanował wprowadzenie 10-minutowych slotów w których wszyscy mieliby czas liczony tak jakby odlatywali w pierwszych sekundach slotu. Jednak ci którym zależało na szachowaniu liderów podnieśli taki raban, że chłopina wycofał się z tego rozwiązania, choć pozwala na nie regulamin. Choć holowały tylko mocarne Turbo Cmelaki, najcięższe szybowce trzeba było popychać, aby ruszyły  z miejsca.  Sebastian i Karol, mogli stracić czołowe pozycje, gdyby podjęli się roli zwierzyny łownej przecierającej szlaki, więc oni podjęli grę na przeczekanie. Piersi złamali się Brytyjczycy.   Francuzi konsekwentnie  chcieli  zastawić pułapkę czasową, wiec gdy dalsze wyczekiwanie nad lotniskiem stało się niebezpieczne nasza para odfrunęła na trasę. Szło im bardzo dobrze choć mieli wrażenie jakby lecieli po topniejącym szybko lodzie.  Z Francuzami i Brytyjczykami remis, ale na szachowaniu się wiodących par skorzystali Austriacy, Finn i Słowak Roman Mraczek, którzy skorzystali z okazji i odlecieli swobodnie w najbardziej optymalnym okresie.

Przewaga naszej pary pozwoliła na to by Sebastian po raz 25-ty  z najwyższego stopnia podium słuchał dźwięków naszego hymnu. Karol sięgnął po srebrny medal, natomiast  Austriak F.Janowitsch awansował na 3. miejsce. Sukces Diany 3 usatysfakcjonował ojców projektu, bo potwierdzają się założenia i otwierają nadzieje na sukces handlowy.

Tomek Rubaj i Mirek Matkowski pewnie wywalczyli złoty medal w klasie dwumiejscowej. Natomiast Łukasz Wójcik wywalczył 6. pozycję a Zdzichu Bednarczuk 11. w klasie otwartej.

Tomasz Kawa

 

Komentarze

Dodano: 27.05.2019Przez: Jan Wichniowaty

Gratulacje. Czujemy tylko pewien niedosyt – mało bieżących relacji na stronie i na Facebook.

Dodano: 29.05.2019Przez: Marian Walecki

Serdeczne gratulacje za ME i za Nitrę.
Czy Diana 3 spełni oczekiwania? Życzę sukcesów na GP. Marian Walecki

Dodano: 29.05.2019Przez: krystyna Łubina

Mistrzu ,moje gratulacje .dla Ciebie i trenera Tomasza z powodu 30 medalu sklada ciocia krysia

Dodano: 01.06.2019Przez: Henryk Wołowicz

Wspaniałe opisy WSPANIAŁYCH WYCZYNÓW wzbudzają podziw dla mistrza SEBASTIANA. GRATULUJĘ kolejnego sukcesu i z radością będę kibicował dalszej rywalizacji z wiarą w zwycięstwo .Serdeczne pozdrowienia z Ostrowa z zaproszeniem na puchary lodowe !!! Powodzenia.

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com