Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

Choć burze huczą wokół nas…

Meteorologia jak Andrzejkowe wróżby.

Wyliczenia i prognozy swoje, a przyroda swoje. Wszelkie prognozy wskazywały na bezchmurną pogodę w której prądy konwekcyjne będą tłumione przez wyżową inwersję osiadania na niewielkiej wysokości.

Ze względu na kiepskie warunki opóźniono wzloty i skrócono trasy do około 300 km, ale gdy upał wygonił wszystkich ze startu niebo zakwitło jak cumulusami pole bawełny, oczywiście po stronie odwrotnej od planowanego obszaru lotów. Jednak nim wyholowano wszystkich, także po stronie zachodniej błękitną kopułę wypełniły chmury.

Jakby na kpinę meteorologom wiele z nich przekształciło się w burze. Zgodnie z naszymi przewidywaniami zagęszczenie w czołówce tabeli szybowców dwumiejscowych spowodowało, że gdy załoga fińska, litewska i austriacka wystartowały w nadziei na powtórzenie sukcesu z poprzedniego wyścigu, bez zwłoki ruszyli w drogę ci, którym te załogi najbardziej zagrażały. Nasi wypracowali sobie blisko 200 punktów nad Brytyjczykami, więc mogli podjąć walkę ich bronią. Odlecieli z niewielkim
opóźnieniem i bez ryzykownego wychodzenia do przodu komfortowo toczyli się z peletonem po trasie. Dopiero na ostatnim odcinku zgrały emocje zawodnicze i peleton rozsypał się na kilka grupek. Sytuacja zmieniałą się jak w kalejdoskopie. W pewnym momencie resztka peletonu „wyczesała” ciąg dobrych wznoszeń i uciekła naszej parze lecącej indywidualną ścieżką, ale Sebastian i Mirek sprytniej polecieli w końcowej fazie, więc ich następnego dnia zaproszono na estradę.
W otwartej klasie „długale” a w 18- metrowej nowe konstrukcje po raz kolejny mogły zaprezentować swoje osiągi, więc układ tabeli nie uległ przetasowaniom. Przyniósł to dzień następny.

Rozbójnik
Od rana oczywiste było, że burze będą rozdawały karty w tej gonitwie. W tej sytuacji wyznaczyli jednakowy dla wszystkich obszar lotów ograniczony czterema okręgami nawrotów. Określili minimalny czas lotu na 3.30 i walczcie o prędkość.

Horyzont okalały już okazałe wieżyce chmur, ale przegrzane powietrze nad lotniskiem nie chciało podeprzeć nawet szybowca sondującego warunki. Znów opóźniano holowanie. Atmosfera zabulgotała dopiero, gdy termometr przekroczył wskazania typowe dla temperatury ludzkiego ciała. Nie było czasu na manewry przedstartowe, więc niemal natychmiast po otwarciu startów lotnych szybowce poszczególnych klas gromadnie przepływały nad oddzielnymi liniami odlotu. Już w pierwszym okręgu piloci dwumiejscowych szybowców podzieliła się na dwie grupy. Peleton poleciał na zachód poza centralny punkt obszaru, natomiast Sebastian skręcił do południowej części okręgu. Zamierzał wydłużyć trasę w układzie południkowym. Układało się to poprawnie do Pilzna na wschodniej części drugiego okręgu nawrotów, który zdążyła już wypełnić burza. Jeszcze większa zajęła trzeci obszar położony nieco bardziej na zachodzie.

Sparaliżowało to niemal całkowicie manewry w tym obszarze. Wszyscy walczyli o przetrwanie między strugami deszczu. Grupa podstawowa była tu nieco wcześniej,wiec z problemami,ale zdołali zaliczyć nawroty,natomiast grupka Sebastiana miała od Pilzna do gehennę.
Stracili tu sporo czasu w walce o utrzymanie się w powietrzu. Na szczęście na wschodzie warunki poprawiły się. Szybko pokonano najdłuższy odcinek, lecz ostatni obszar nawrotów o średnicy 50 km z dużym naddatkiem znów przykryła ogromna burza.

Rzęsisty deszcz i gęste niskie chmury nie dawały szans aby wlecieć do koła zwrotnego, wycofać się i brzegiem burzy dolecieć do mety.Polecieli na północ , by pod chmurami poza kołem czekać na otwarcie drogi do domu. Błąd. Nasza para , Brytyjczycy i Australijczycy skierowali się w odwrotną stronę, aby po nasłonecznionej stronie, od południa, wejść do koła nawrotów. Udało się. Jedynie reprezentanci krainy kangurów uszczknęli im parę punktów. Burza akurat zrzuciła swój balast wodny, więc także grupa północna w której była bezwzględna większość pilotów wszystkich klas ruszyła do domu. Niestety. Pechowców rosiły jeszcze rozpadające się chmury, więc sporo wózków posłano w teren. Między innymi po Francuza Cousseau lidera klasy 18-metrowej. Spore przetasowania w tabeli, ale Sebastian z Mirkiem poprawili swą pozycję w tabeli. Dramatyczną końcówkę lotu miał Piotrek Jarysz. Spadł bardzo nisko. Oznajmił nawet, że będzie lądował na sąsiednim lotnisku, ale w ostatnim momencie złapał mizerne wznoszenie. Walczył niemal godzinę na parterowej wysokości,lecz dotarł do domu.

Wieczorem niespodzianka. Nawałnicowe podmuchy burzy potargały na lotnisku parę namiotów i obaliły kilka anten. Naszą na szczęście bardzo dobrze zakotwiczyłem na początku mocnymi kotwami i dodatkowymi linkami. W przeciwnym wypadku auto Edwarda Sobczaka upodobniłoby się do wielbłąda dwugarbnego. Demolce uległo natomiast nasze stanowisko operacyjne, które tak pięknie chroniło nas w czasie upałów. Tomasz

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com