Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

Kontredans pod niebem Bohemii

W drugim dniu rozległe ławice chmur średnich kryły znaczne obszary niebo,

ale w lukach mocnego nasłonecznienia szybko rosła temperatura wilgotnego powietrza i mocno rozbudowywały się chmury kłębiaste.Wróżyło to dużą zmienność warunków na tresie, bo w fazie rozwoju chmury fundowały super wznoszenia, a po rozlaniu się dawały duże obszary cienia. Gdy w ciągu dnia przesuszyło się powietrze powstawały nawet krótkie szlaki. Dzień zaczął się nam dramatycznie, gdyż tuż przed startem Łukasza Wójcika okazało się, że coś blokuje klapolotki jego Diany. Gdyby blokował się mechanizm wewnątrz konstrukcji to „po zawodach”. Na szczęście okazało się, że na skutek upału wydłużyła się klapolotka i blokuje się na wypustce profilowej kadłub. Z podobnego powodu zabił się przy oblatywaniu „Pirata”pilot doświadczalny SZD Skrzydlewski, a Wielgus uratował się dzięki temu,że w stromej spirali uniemożliwiającej skok ratowniczy, spowodowanej także blokadą lotki, celowo doprowadził do urwania skrzydeł szybowca. Klops ! Potrzebny był pilnik , ale ten mieliśmy na kampie, a pełną mocą kręcił się już kołowrotek startowy. Aby dotrzeć do skrzynki narzędziowej trzeba było biec w upale kilkaset metrów do samochodu zaparkowanego za szybowcami na skraju lotniska, potem czekać, aż powstanie luka w kolejce lądujących samolotów, a potem odwrotne procedury.

W tej sytuacji Łukasz wypadłby z kolejki startowej swojej grupy i mógł startować dopiero po wyholowaniu wszystkich szybowców.W międzyczasie jego towarzystwo łykałoby już kolejne kilometry trasy. Na szczęście Sebastian był jeszcze na kempingu. Zdążył przywieźć narzędzia. Kilka pociągnięć pilnika rozwiązało problem. Warunki lotów były fantastyczne. Nie ukształtował się jeszcze układ tabeli wyników, więc gry przedstartowe nie przeciągały się.

Bardzo aktywnie latał w tym dniu Zdzichu Bednarczuk, ale na długim dolocie szybowce o blisko 30- metrowej rozpiętości pokazały swoje walory. Perypetie przedstartowe najwyraźniej zdekoncentrowały Łukasza, bo stracił wigor. Natomiast w „arystokratycznej” klasie szybowców dwumiejscowych nasz para Sebastian- Mirek wiodła korowód szybowców jak w tańcu polonez. Z „bananem” na twarzy wyjechałem na kraniec lotniska by przywitać zwycięzców wyścigu, ale zaskoczyły mnie ich kwaśne miny i podły humor. Okazało się, że na końcowych kilometrach trasy, gdy już z prędkością ponad 200 km/h gnali do mety, wpadli w opad deszczu który tworzył się po wyrzuceniu w powietrze nadmiaru pary z elektrowni atomowej Temelin. Niewidoczny deszcz „virga” był na niewielkim obszarze, ale zmoczył skrzydła i spowodował raptowną utratę około 150 m wysokości.

Piloci byli przekonani, że zamiast tryumfu mają bardzo dużą stratę z powodu przekroczenia mety poniżej dopuszczalnej wysokości. Byliśmy zaskoczeni, że mimo to wygrali wyścig. Okazało się,że zwykle za linię mety przyjmuje się krąg o promieniu 3 km, tu poszerzono na 5 km a wtedy mieli jeszcze wymaganą nadwyżkę wysokości. Najlepsza prędkość dnia ponad 160 km/h i powyżej130 km/h ostatniego pilota w klasie otwartej świadczą o poziomie zawodników i tym, że czasem w Europie zdarzają się warunki marzeń. Tomasz

EB kiler
Warunki znów jak w Teksasie.
Jednak możliwość bieżącego śledzenia konkurentów za pomocą systemu antykolizyjnego FLARM
nie skłania pilotów do pełnienia roli zająca. Jest to szczególnie widoczne w klasie Sebastiana i Mirka. Czasem przybiera formę kuriozalną. Były już na zawodach sytuacje w których tak się szachowali, że zmarnowali optymalne warunki odlotu i potem męczyli się w gasnących warunkach, aby wrócić do domu a bywało, że wszyscy lądowali w polu. Z kolei pierwszych śmiałków „farbujących” kominy łatwo dogania pościg i oddają punkty zaraz na starcie. Z tego powodu Piotrek Jarysz jest wyznawcą zasady, że „lepiej z peletonem walnąć w polu niż na wstępie dać się pożreć ścigającym”. Szkoda, bo układ tabeli nie stawia ich jeszcze w grupie pilnowanych pilotów, a liczne płaskie cumulusy dawały szansę na doskonały wynik zgranej parze. Na dodatek pod koniec dnia spodziewano się burz nad górami wokół ostatniego punktu zwrotnego trasy. Starą szkołę nie oglądania się na konkurentów uznaje Jurek Szempliński, mój kompan z początków przygód lotniczych, który reprezentuje Kanadę. Odleciał na trasę indywidualnie w optymalnym okresie rozwoju warunków. Podobnie postąpił Japończyk i po południu jedli już suszi, gdy reszta męczyła się na pograniczu austricko-niemiecko- czeskim, by wśród burz znaleźć drogę do punktu i do domu. Sebastian i Mirek nie oglądając się na uciążliwy ogon odlecieli w dobrym okresie. Pierwsi dotarli do mety, ale Szwajcarzy i Australijczycy urwali im parę punktów, wykorzystując możliwość późniejszego odlotu na starcie za liderem.
Rewelację dnia zafundował nam Zdzichu Bednarczuk. Lata bardzo dobrze, odważnie i na luzie. Postępuje tak jak podpowiada mu bogate doświadczenie i intuicja. W dobrych warunkach 21- metrowy JS1 nie ustępuje orchideom, a w górach lepiej rozegrał dolot do punktu zwrotnego, więc tym razem on pokazał „długalom” ogon na dolocie. Prawdziwy EB kiler. Tomasz

Komentarze

Dodano: 02.08.2018Przez: Jerzy Pawłowski

Tomku, jako doświadczony szybownik świetnie opisujesz szybowcowe wyścigi. Za to wielkie dzięki a dla naszych gratulacje i powodzenia.

Dodano: 05.08.2018Przez: Simon

Sledzę z zapartym tchem kolejny bój p. Sebastiana z koalicją „ścigaczy”. Rzeczywiście, coś z tym trzeba zrobić.Sobotnia konkurencja całkowicie obnażyła słabość obowiązujących obecnie zasad konkurowania.Panie Tomaszu, proszę nie szczędzić opisów wydarzeń. Brak komentarzy nie oznacza braku zainteresowania tą stroną!

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com