Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

W krainie kondorów

Sebastian przyzwyczaił nas już do tego ,że z zawodów szybowcowych przywozi złote medale.

 

 

 

 

Rok 2010 rozpoczął on imponującym zwycięstwem podczas III Mistrzostw Świata w Wyścigach Szybowcowych , które od 2-9 stycznia rozgrywano w Andach. Jest to już jego trzecie zwycięstwo w tych najtrudniejszych zawodach szybowcowych świata ,bo wygrał on także obydwa poprzednie mistrzostwa. Jeśli dodać do tych sukcesów ubiegłoroczne zwycięstwo w Światowych Igrzyskach Lotniczych, trzy tytuły mistrza świata wywalczone w innych klasach szybowców ,oraz dwa złote medale mistrzostw Europy , to powstaje bilans jakim nie wykazał się dotąd nikt inny w świecie. Podkreślić trzeba ,że wszystkie te zwycięstwa wywalczył latając na polskich szybowcach.

 

 

 

 

 

 

Szybowcowe Grand Prix
Szczególny stopień trudności wyścigów szybowcowych ,World Sailplane Grand Prix , jest spowodowany tym ,że dla zwiększenia widowiskowości organizuje się je w najbardziej atrakcyjnych pod względem krajobrazowym ,ale niosących sporą dozę zagrożeń , górach świata, oraz według zasad wymuszających najwyższy stopień mobilizacji zawodników. Stawia to szczególne wymogi przed uczestnikami mistrzostw ,toteż są oni wyłaniani w cyklu zawodów eliminacyjnych. Pierwsze mistrzostwa zorganizowano w Alpach Wysokich we Francji , drugie także
w dzikiej , pięknej , scenerii gór N.Zelandii. Obrazowanie zmagań pilotów za pomocą systemów komputerowych i TV ukazujące piękno ,widowiskowość i dramaturgię, lotów , powoduje narastające zainteresowanie tym zawodami .
Podczas transmisji z poszczególnych wyścigów zamierało życie w większości rodzin interesujących się lotnictwem , bo skupiały się one przy przy ekranach domowych monitorów .
Ba , powstała nawet moda na zbiorowe oglądanie transmisji w klubach i kawiarniach.

 

Składka i rekonesans
Już w październiku wysłano do Chile kontenery z szybowcami europejskich uczestników imprezy – w tym „Dianę” dla Sebastiana i ASG-29 Stanisława Wujczaka. Jednak już wkrótce po ich wyekspediowaniu pod wielkim znakiem zapytania stanął udział naszych reprezentantów, bo okazało się Aeroklub Polski nie uzyskał środków na współfinansowanie tej imprezy – wyjątkowo kosztownej ze względu na lokalizację.
Jednak przyjaciele i entuzjaści szybownictwa zorganizowali błyskawiczną składkę , która w połączeniu z własnymi zasobami reprezentantów pozwoliła na wyprawienie za Andy naszych pilotów.
Każde miejsce na Ziemi ma swoją specyfikę , ale latanie w Andach to poważne wyzwanie.To nie tylko góry, w których Aconacagua sięga 7000 m n.p.m., ale zupełna odmienność warunków klimatycznych na granicy potężnego oceanu i gigantycznej skalnej kurtyny.
W Alpach erozja utworzyła głębokie doliny w których można szukać ratunku w razie kłopotów. Andyjskie giganty mają inny wymiar . Pokonując skalną przełęcz , grzebień , trzeba się liczyć z tym ,że nie ma za nimi łączki , ani rzeki dającej szansę na przetrwanie ,a może być kolejna skalna pułapka . Trzeba mieć niesamowitą odporność psychiczną, ogromne doświadczenie i wiarę w przychylność losu , aby latać bez silnika nad takimi dzikim pustkowiami.
Miejscowi piloci i ci piloci którzy dobrze poznali Andy w poprzednich latach mieli tu spore atuty, toteż nasi reprezentanci z respektem podejmowali wyzwania jakie stawiały im góry oraz rywale. Aktywnie wykorzystali czas przygotowań. Tak ocenia warunki Sebastian :
-Latanie zaczyna się tutaj dopiero po południu , po ogrzaniu się warstwy przyziemnej , albo gdy odleci się do wznoszeń termicznych na skałach , poza rozległą dolinę Santiago ,w której bardzo długo zalega po gruba na 1200 -1500 m warstwa chłodnego powietrza spływającego w nocy z gór. Warunki są bardzo zmienne i dokucza silna turbulencja. Zwykle wieje z zachodu
i południowego zachodu. Muszę znów , jak w N. Zelandii przyzwyczajać się do tego , że słońce świeci z północy i wędruje „od prawej do lewej ręki” .Odwrotne są również ruchy w atmosferze. Gołe i strasznie połamane ,skalne, rumowisko sfałdowanej ziemi sprawia , że kominy odrywają się w zupełnie nieoczekiwanych miejscach. Raz z zachodu, raz z północy , to znów ze wschodu góry. Dopiero wieczorem stabilizuje je bryza.
Najlepszym sposobem na poznawanie tajników miejsca jest podglądanie tubylców ,toteż: -Zrobiliśmy sobie wspólny trening z Argentyńczykami i Chilijczykami. Startowaliśmy ze wspólnego startu, jak w GP . Było to dla nas ułatwienie, bo mogliśmy polecieć za pilotami doskonale znającymi te góry . Dziś start lotny mieliśmy dopiero o 14:40 ,ale mimo to przelecieliśmy 617 km ze średnią prędkością 132 km/godz. Carlos Roca wyciągnął nas 250km na północ , za ogromną dziurę wśród wysokich szczytów – wielką kopalnię miedzi .U nas górnicy drążą w głąb ziemi a tu , zgodnie z pierwowzorem swego zawodu , tysiące górników- w skwarze , pyle , niedotlenieniu- rozbierają od szczytu wysokie grzbiety górskie. Wrażenia niesamowite, olśniewa paleta kolorów skał ,lecz nie chciałbym tu zarabiać na kawałek chleba.
Lot wśród wysokich ,dzikich ,gór wywołuje czasem niezbyt miłe mrowienie skóry. Powrót był bardzo szybki. Duże wrażenie robił bardzo długi lot na małej wysokości ,wzdłuż skalnych zboczy , z prędkością przekraczającą 200km/h.
Nie obyło się też bez niespodzianek.Dzień zaczął się sympatycznie,bo wesoły Indianin , taksówkarz ,który w imponującym stylu wygrał wyścig o klienta, zdołał nam w kilka minut streścić historię Chile,wyrazić swoją opinię
o Hitlerze , Stalinie i Pinochet’cie , pochwalić nasz naród za Jana PawłaII ,oraz opowiedzieć o swoich wojaczkach w Zatoce Perskiej i o pumie którą upolował z łuku.Dziw bierze ile można się pośmiać i pogadać podczas krótkiej jazdy w taksówce, nawet bez znajomości języka.
W powietrzu było już gorzej. Warunki były trudne. Staszek odstał nieco od naszej grupki , więc odleciał w kierunku Pacyfiku i ratował się lądowaniem na polu w Salamanca. Poznał prawdziwe Chile. W okolicy żywej duszy, chłodny zachodni wiatr wchodzący w dolinę. Po dłuższym czasie wypełnionym bezradnym oczekiwaniem , pojawiła się wyniszczona trudami życia Chilijka o indiańskich rysach. Nie miała oczywiście telefonu i nie znała słowa w obcym języku a z aparatu Staszka nie dało się dodzwonić na lotnisko. Wszystkie szybowce skryły się już za górami , więc nie funkcjonowało radio.
Na szczęście udało mu się uzyskać połączenie z Polską. Zaskoczona żona, Regina, miała tylko kilka minut na przekazanie meldunku , aby samolot zdążył wystartować odpowiednio wcześnie przed nastaniem nocy. W sekundzie przeszła więc samoistne naukę odreagowania stresu a w drugiej sekundzie , pod dyktando Staszka, błyskawiczny kurs angielskiego. I tak to okrężną drogą ,do zaskoczonych Chilijczyków, dotarła wiadomość ” Papa Lima has landed at Salamanca” i prośba o wysłanie samolotu.Początkowo myśleli, że to głupi dowcip ,ale po żywej naradzie rychło posłali holówkę. Bagatela 1h 10 lotu samolotu w jedną stronę a potem z powrotem. Zdążyli przed ciemnościami .Transport kołowy trwał by w tych warunkach dwa dni.
Lotnisko Vitacura jest położone, na wąskim brzegu rzeki , niemal w centrum miasta , więc piloci holujący i wolontariusze pomagający w obsłudze startów mogą wypełniać swe funkcje nawet podczas południowej przerwy w pracy .Jednak w czasie treningów, bywało różnie z ich aktywnością, bo wszech obowiązująca jest tu zasada manjana , czyli później , jutro , na święty
nigdy…

Wigilia na dachu Ameryki
Jak można spędzać święta daleko od domu i bliskich? Cóż, smutno…
Jeśli ma się jednak pod bokiem taką odskocznię jak Andy, to może być choć trochę lepiej.
Dopadliśmy wreszcie pilota holującego i polecieliśmy w Andy.
Kiedy w Polsce wybieraliście i się na Pasterkę , ja skakałem przez kolejne skalne grzbiety aby wspiąć się na kalenicę tej części świata , Aconcaguę. Wznosząc się wysoko musiałem spuścić wodę balastową ze zbiorników szybowca ,aby nie zamarzła , i przywarłem do skalnej ściany . Było strasznie turbulentnie. Nad okolicznymi szczytami wiatr przyspieszał skokowo z 30-tu do 90-ciu km/h i w efekcie leciało się jak we wstrząsarce. Trzymałem cały czas jedną ręką luzujące się pasy. Dopiero jak się trochę uspokoiło mogłem wyjąc kamerę i aparat.
Przy stromej skalnej ścianie królowej Andów laminarny prąd wstępujący windował szybowiec z prędkością 2,3 ,4 a nawet 5 m/s .Trudności zaczęły się dopiero pod samym szczytem, gdzie szalał rotor. Za pierwszym razem ,gdy dotarłem do niego , omal nie zdmuchnął mnie on potężnym uderzeniem w dół , do Argentyny. Gdyby nie udało mi się przedostać na powrót do obszaru wznoszeń to wędrówka kołowa do Santiago trwałby ze dwa tygodnie. Zdołałem się jednak przebić znów na nawietrzną stronę góry i miałem sposobność przyglądać się z jaką zazdrością amatorzy wspinaczki , skupieni w miasteczku namiotowym i rozsiani po rozległej ścianie ,obserwują moją próbę zdobywania szczytu.
Mimo problemów i ryzyka , nasze wyprawy na szczyty są komfortową wycieczką w porównaniu do ich trudów , ale wytrwałych amatorów takich wrażeń nie brakuje.
Szczyt Aconcagua znajduje po stronie argentyńskiej. Jest odgrodzony od Chile głęboką doliną i stromym wysokich pasmem gór a dalej następne skalne grzebienie , więc powrót pieszy z tego masywu możliwy jest tylko w stronę Argentyny. Natomiast ja na smukłych skrzydełkach bez śmigła, po odwróceniu się z wiatrem ,gnałem do Santiago z prędkością względem ziemi przekraczającą 400km/h i w niespełna pół godziny wróciłem na lotnisko, by zasiąść z Niemcami do stołu wigilijnego.
Jakże wymowne jest zestawienie możliwości szybowca , napędzanego siłami atmosfery i pomyślunkiem pilota , z potężnymi maszynami biorącymi udział w rajdzie Paryż -Dakar , dla których droga przez Andy była niczym wyprawa Hannibala na Rzym.

Preludium
Środkowe Andy to obszar pełen pułapek , ale jednak raj dla szybowników . Przez niemal miesięczny okres pobytu , tylko w jednym dniu nie było odpowiedniej pogody do latania. Obawiałem się , czy intensywny okres przygotowań ,w którym Sebastian musiał się niemal od podstaw uczyć latania między tymi skalnymi kolosami , nie wyczerpał go nadmiernie. A czekało go jeszcze osiem dni ogromnej mobilizacji i niebezpiecznych lotów wśród skalnych pustkowi omijanych nawet przez kondory . Lotów z prędkościami ponad 200 km/h, ze skrzydłem tuż przy skałach ,w bardzo wąskiej i burzliwej warstwie wznoszącego prądu zboczowego . Jednak największym obciążeniem jest ogromna ,wielokierunkowa , presja na faworyta i powszechne oczekiwania dobrego wyniku. Jednak już pierwszy dzień rozwiał wątpliwości. Na sprinterskiej trasie 319 km , szalony white water rafting nad skałami, i komfortowe dla psychiki 3- cie miejsce.
Zainteresowanie zawodami przerosło oczekiwania organizatorów. Dławiły się ich serwery a u nas, wśród górek zabajkalskoj obłasti , ciągle rwało się radiowe połączenie internetowe i mój komputer zachowywał się tak jakby wlazły do niego wszystkie myszy z piwnicy. Polacy i Niemcy niemal zawładnęli większością połączeń w sieci , a na czacie inne nacje nie miały szans na przebicie się przez aktywność naszych kibiców.
Następnego dnia organizatorzy przełamali jakoś problemy techniczne ,lecz z kolei zawiódł system sygnalizacyjny w szybowcu Sebastiana i bukmacherzy mieli doskonałą okazję do przyjmowania zakładów odnośnie jego pozycji. Fascynującą walkę na trasie ubarwiało dodatkowo pytanie: – Gdzie jest Sebastian?
Gdy widoczna na ekranie czołówka rozpoczęła rozgrywkę finałową w niskim locie przy zboczach, zelektryzowała nas informacja komentatora o lądowaniu Sebastiana. Takie lądowanie przed metą wiązało by się z ogromną stratą punktową , bo te przyznawanie są tylko dla pierwszych dziewięciu zawodników , którzy przekroczyli metę. Sebastian faktycznie wylądował, ale … na lotnisku wygrywając z dużą przewagą konkurencję. Od tego dnia szybowiec Sebastiana na obrazach przekazywanych komputerowo z pola zmagań został oznaczony koroną „Króla Gór” i przetrwała ona tak do końca zawodów.

Wyścig na południe
Zwykle latano na północ ,ku pustyni Atacama , ale pewnego dnia zmienił się układ baryczny i spodziewano się tam burz , więc kierownik sportowy zdecydował się wyznaczyć daleką trasę na południe – tam gdzie jeszcze podczas treningów , ani tych mistrzostw nie latano.
Góry w tym obszarze są karzełkami w stosunku do wysokich Andów , ot takie sobie łańcuchy Babich Gór . To już trochę wilgotniejsza strefa klimatyczna , więc w reglu dolnym są nawet lasy, co sprawia ,że częściej występują tu cumulusy niż na suchej północy. Było to istotne, gdyż wiatr o sile 3-ch knotów nie rokował wystąpienia żagla. Sebastian rozpoczął wyścig zachowawczo, czyli usadowił się w połowie stawki i obserwując falowanie poprzedzających szybowców wypracowywał stopniowo przewagę wysokości. Takiej powściągliwości wystarczyło mu  zaledwie na pierwsze 27 km a już na 30 km „wrzucił czwórkę” i wysunął się na czoło . Lot nie przebiegał wysoko , bo w przedziale 700 – 1400m nad dno pokrytej winnicami doliny. Nie było żagla , więc początkowo trzeba było podkręcać się w kominach ,toteż momentalnie dało się zauważyć różnice stylu i to , że Krejcirik chyba zbyt serio uczestniczył we wieczornych uroczystościach na lotnisku. Za prącym do przodu Sebastianem momentalnie skoczyło kilku aktywnych pilotów i wkrótce uformowała się bardzo szybka eskadra .Wypracowywali coraz wyraźniejszą przewagę a korzystne było to ,że usiłujący im dorównać kroku Mario Kiessling, z Niemiec popełnił jakiś drobny błąd i opadł trochę poniżej konkurentów i musiał coraz bardziej odchodzić w dół od szczytowej , regularnej linii grzbietów , w której byle tchnienie wiatru dawało podparcie wyrafinowanym skrzydełkom.
Na setnym kilometrze zaczęło się niezbyt zachęcające pokrycie nieba , więc Sebastian roztropnie zawinął w dwumetrowym kominie . W tym momencie dołączył do niego Chilijczyk Carlos . Wyglądało to jak zmiana lidera w kluczu żurawi. Teraz Carlos przejął prowadzenie i parł ostro do przodu , ale tor lotu zniżał się wraz z górami i najwyraźniej obawy Sebastiana były słuszne , gdyż czołówka zwolniła. Widać było ,że każdy z tych indywidualistów rozgląda się za wznoszeniem , aby zdobyć wysokość wystarczającą na dolot do punktu zlokalizowanego daleko w zielonej dolinie i powrót do górek.Nie zachował tej ostrożności Niemiec Patrick i musiał spłynąć na pólko wśród winnic.
Ale niebiosa nie rozpieszczały także lecącej z Sebastianem grupki pilotów. Wprawdzie w drodze powrotnej od punktu zwrotnego do gór mieli oni sposobność odebrania defilady peletonu i do spoglądania w oczy przeciwników, lecz grupa pościgowa trafiła gdzieś z tyłu na dobre wznoszenia i po półmetku wyścig zaczął się od nowa. Powrót do górek odbył się bez problemów , zbocza jakby z większą ochotą oddawały śmiałkom zasoby energii czerpane ze słońca i wiatru, bo piloci coraz śmielej pomykali do przodu. Wysokość nie była imponująca , lecz parli wprzód jak charty . Sebastian nie czekał na błędy konkurentów i choć nie miał najlepszej pozycji przeskoczył Włocha Gostnera i gnał wzdłuż zboczy nie zwalniając zbyt wiele nawet w kominach. Wykorzystał to Carlos i mając przed sobą te dwa szybowce balansujące niczym wskaźniki w wariometrze Cosim’a  wypracował sobie prawie 300 m przewagi , lecz przechytrzył. Zbyt długo utrzymywał dystans około 1 km i przewagę wysokości . Sebastian mimo parterowej wysokości popędził „Dianę”do galopu a nim ostrożniej lecący konkurenci zorientowali się , przeskoczył dość rozległą dolinę i śmigał już wzdłuż podstawy kolejnej góry , gdzie ciepłe tchnienia prądów płynących znad Santiago , mimo „grobowej” wysokości , podtrzymywały szybowiec Sebastiana na tyle , iż nadwyżka wysokości goniących go konkurentów zdewaluowała się niczym złotówka w okresie przekształceń systemowych.

Dylemat Hamleta
Wyścigi szybowcowe , to nie tylko gonitwa na złamanie karku , lub palenie gumy , ale też sporo elementów z królewskiej gry dystyngowanych salonów. Trzeba nieustannie kalkulować własne ruchy , oceniać szanse i zagrożenia , przewidywać poczynania przeciwnika. Taktyka lotu zachowawczego w którym lecąc nieznacznie z czołówką ma się ogląd sytuacji w wyścigu , podpowiedzi i warunkach , oraz ewentualnych pułapkach daje sporo korzyści i oszczędza
stresów , ale chcąc wygrywać ,trzeba zrezygnować z takiego komfortu i przeć do przodu. Sebastian należy do tych , których ciągle świerzbi ręka na drążku sterowym.
W jedne z konkurencji , już na 40 km przed pierwszym punktem zwrotnym wystartował on ostro do samotnego rajdu przez góry. Krańcowy punkt trasy osiągnął z wyraźną przewagą i po paru kilometrach spotkał się z nadlatującym z przeciwka Janowitz’em a w chwilę później Gostnerem . Vidal szybciej od nich dotarł do punktu , ale też stracił szansę na dobry wynik , gdyż był zbyt nisko. „Diana” RP naszego reprezentanta zgrabnie przemykała nad grzbietami w kierunku kolejnego punktu ulokowanego w bardzo głębokiej dolinie .Za nim stały już wysokie góry , toteż trzeba było złapać dobry komin aby zmienić piętro. Sebastian wyszukał taki ciepły bąbel który w porywach dawał nawet do 7 m/ sek wznoszenia , lecz ten szybko zesłabł pod inwersją na wysokości 3500m . Wystarczało to jednak na spokojną przeprawę przez rzekę , ku wielkiemu masywowi gór . Przewaga Sebastiana była już duża , lecz śledząc jego lot można było zauważyć ,że czegoś się obawia .Przykleił się do zbocza i ostrożnie przesuwał się wzdłuż skalnej ściany . Trasa prowadziła przez klinowatą , ostro wznoszącą się dolinę zamykającą się żebrem spinającym dwa szczyty masywu , a za tym progiem trzeba było jeszcze daleko lecieć w wąskiej ,długiej, skalnej szczelinie.
Straszna pułapka! A właśnie w tym momencie zdrzemnął się Anioł Stróż Sebastiana. Gdyby ktoś leciały inne szybowce z pewnością wyszukano by jakiś komin , ale w solowym locie jest mniejsza penetracja , więc mimo kilkunastu kilometrów takiego macania ściany Sebastian dostał się do zamykającej się przed nim pułapki . W tym momencie musiałem odgonić od ekranu komputera żeńską część familii. Sytuacja była tragiczna. Szybowiec znalazł się w ciasnym zaułku na skraju skalnej pułapki . Kontynuowanie lotu wzdłuż , skalnej szczeliny to niemal pewna katastrofa a powrót wiązał się z koniecznością długiego spływania wzdłuż żlebu i utratę dobrej pozycji. Iście hamletowskie :-Lecieć , nie lecieć ?. Na szczęście zwyciężył rozsądek i szybowiec zawrócił przed zdradliwym progiem. Po odejściu z narożnika „Diana” zrobiła kilka esów w poszukiwaniu żagielka,ale zamiast nabierać wysokości , zjeżdżała w dół . Jeszcze jeden nawrót , jeszcze jedno beznadziejne przejście wzdłuż wąwozu…
– Jest ! Początkowo anemiczne 0,1 – 0,2 m/sek wznoszenia , lecz to już ostatnia szansa ratunku , więc wprawna ręka pilota kładzie szybowiec w karkołomną spiralę przy skale. Tymczasem w polu widzenia pojawia się pościg prowadzony przez Carlosa. Im się powiodło. Nieprzychylna zamorskiemu intruzowi ściana uraczyła swojaka i jego przybocznych, dobrym podparciem , toteż lecieli niezagrożeni ponad 500 m wyżej.
I jak tu podważać powiedzenie o ścianach i gospodarzu ?
Na szczęście , w tej pułapce zjawiło się mizerniutkie tchnienie cieplejszego powietrza. Powoli nabierało impetu przy stromej , nagrzanej, skale i wyżej już zdecydowanie przyrastało z każdym, ciasnym, okrążeniem.
Tym razem udało mu się wyjść z kościeliska , ale … lepiej nie budzić wyobraźni.
Krótka defilada wzdłuż szczytu i znów dobra jazda !

Król uciekł orszakowi
W zawodach szybowcowych światowej rangi jest ciasno wśród pretendentów do miejsc na podium. Lider do końca musi zachowywać ogromną czujność , aby nie dać pola najważniejszym graczom.
Lecz w tych mistrzostwach sytuacja była inna. W wyścigu zwycięzca może dostać maksymalnie 10 punktów. Sebastian startował do ostatniej z 8 -punktową przewagą nad najpoważniejszym konkurentem, Carlosem Rocca, i aż 19-ma punktami nad kolejnymi pretendentami do medalowego miejsca .Nawet w przypadku gdyby Carlos wygrał , a Sebastian zmieścił się do ósmego miejsca – złoty medal przypadł by Polakowi. Inne rozgrywki stanowiły tylko tło. Sebastian musiał by się najeść niezdrowych grzybków , aby w ostatnim locie pozwolić sobie na ryzyko. Upatrzyli w tym szansę dla siebie Holighaus , Kiessling , Vidal, oraz Rocca i na końcówce ostatniego lotu pomknęli w przód, by szukać szczęścia wzdłuż długiego zbocza .Sprzyjał im los. Trafili na fazę nasilenia się prądów termiczno-zboczowych i nabierając wydatnie wysokości odskoczyli na 5-6 km.
Sebastian nie musiał się śpieszyć , bo nic to nie zmieniało w jego sytuacji ,ale krew wojownika nie pozwalała mu na bierność , toteż obserwując poczynania poprzedzających go pilotów starał się zyskać przewagę wysokości potrzebnej na finał . Interesująco ukształtowała się sytuacja po nawrocie przy ostatnim punkcie zwrotnym.
Prądy zboczowe leniuchowały a czołówka miała zaledwie na 500 m wysokości nad dnem doliny, co gwarantowało tylko 15- 20 km lotu. Do mety pozostało jeszcze około 50 km. Toteż wśród gromady pilotów oglądających wyścig kawiarni szkoły szybowcowej na Żarze padł komentarz:
-Ale będą jaja… Na mecie kibice , telewizja , dziennikarze , VIP-y , a tu cała czołówka daje w pole !
Zwolnił wyraźnie najniżej lecący Holighaus , ściągnął nieco lejce Kiessling , rozsądnie zatrzymał się we wznoszeniu Rocca , ale optymizm nie opuszczał Sebastiana i nadal trzymał stałe tempo 200- 220 km/h . I miał rację … Na następnym , gładkim, zboczu widać już było oddziaływanie rozległej metropolii . Kamienne domy zaczęły przed wieczorem oddawać ciepło kumulowane podczas słonecznego dnia , które raźnie wspinało się po zboczach . Denerwujący był taki lot między stromym zboczem a linią wysokiego napięcia a potem kilkanaście kilometrów ślizgania się tuż nad dachami przedmieść łagodnie opadających ku ulokowanemu w centrum miasta lotnisku. Nasz król nie musiał wygrać ,lecz znów był pierwszy w orszaku paradującym wzdłuż bulwarów Santiago. Rocca utrzymał swój srebrny medal a Kiessling wyprzedził Schwenka i Gostnera w wyścigu po brązowy krążek.
Tu ogromny sukces Sebastiana i polskiego szybowca „Diana”.

Tomasz Kawa

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com