Slider
Get the Flash Player to see the slideshow.

Noc z szakalami.

11 m/s nad Elbrusem.

Dwa dni temu w Kisowodsku ludzie w krótkich koszulkach szukali ochłody przed palącym słońcem i temperaturami 28 stopni Celsjusza. Pracujący nad głową Jet Stream diametralnie zmienił pogodę i oprócz układu niżowego przyniósł wyraźne ochłodzenie. 11 stopni o poranku, w siąpiącym deszczyku nie zachęcało do wyjścia na spacer ani na lotnisko. Modele pogody nie bardzo sobie radzą z lokalnymi uwarunkowaniami pogodowymi, silna konwekcja nad górami, duża ilość wilgoci, którą z zachodu niesie prąd płynący od Francji, przez całe Morze Śródziemne a potem Czarne mocno miesza w układach falowych. Gdy powstają wysokie chmury i zaczyna siąpić właściwie wszystko znika i tylko gdzieś tam wysoko, poza zasięgiem fala dalej hula ponad wszystkim.

Anton musiał wrócić do Woroneża, więc na lotnisko zabiera mnie Ilia. Dość optymistycznie nastawiony do pogody, twierdzi, ze bardzo często w Essentiuki, gdzie nocujemy mżawka i chmury sięga ziemi, a nad Lotniskiem w Kisłowodsku lokalna niska fala powoduje mała lukę fenową. Trzeba dodać, że pomimo silnych południowo zachodnich wiatrów na górze, tu w dole wieje ze wschodu i parne powietrze z Kaspijskiego wciska chmury w każdą górską dolinkę. Niestety w Kisłowodsku okazało się, że wieje zbyt słabo, by je wysuszyć rotorami. Na sąsiednich lotniskach też siąpi. Długo studiujemy pogodę, co utrudnia brak dokładnych zdjęć satelitarnych i nie ma tam wskazówek co będzie z niskim zachmurzeniem. Widać, że jest zła, ale dla latania falowego zła pogoda z deszczem i silnym wiatrem to czasem bardzo dobra pogoda do wysokich przelotów, trzeba tylko jakoś się tam dostać. Jestem już zdecydowany pojechać na „razwiedkę” po polach, by na przyszłość znaleźć lepsze miejsce na starty w czasie obozu falowego. Jednym z takich obiecujących miejsc, gdzie Ilia latał już na lotni a niedawno sprawdzał pieszo jak ono wygląda jest Khurzuk. ( hurzuk czyli ogon – koniec, w Słoweni nazywało by się to Zadnica. ) Idziemy tymczasem na drugie śniadanie i około 12 czeka nas niespodzianka. Silniejszy wiatr podniósł podstawę do 400m na tyle, by przez chmury przeświecał maszt antenowy na pobliskiej górce i nawet nad Kisłowodskiem pojawił się maleńki prześwit w chmurach. Lecimy. Najwyżej polatamy tylko w dolince.

Po starcie okazało się, że prześwity widoczne z dołu są bardzo wąskie i trzeba się ciut podeprzeć horyzontem ale maleńka fala wypluwa nas w momencie w oślepiający blask słońca. Woow, co za widok. Z tej perspektywy jeszcze nie miałem okazji widzieć tak pięknej panoramy Kaukazu, zawsze był zasłonięty. W górach jest piękna pogoda więc decyduję się polecieć dalej. Po wyjściu nad chmury wschodni wiatr cichnie do zera.

Karabaje zaczęli już kosić miejscami ogromne połacie stepu na grzbietach które wystają z mgły i bez większych stresów posuwamy się najbliższa droga w kierunku gór. Wypada nam nieco na wschód od Elbrusa. Pomimo braku wiatru na tej wysokości, równe podstawy nad z przodu i poszarpane kłaki chmur za Elbrusem sugerują że polatamy. Jednak tego co się stało nie spodziewałem się. 12 km od szczytów przy niemal zerowym wietrze wpadamy w turbulencję i noszenie, które zamyka od razu wariometr i zanim chłodzimy silnik do zamknięcia równamy się ze szczytami Elbrusa. Mała poprawka po zdjęciu słuchawek i noszenie dochodzi do 11m/s na uśredniaczu. Miarowo syczy aparatura tlenowa a Ilia podskakuje z radości i muszę trochę ściągnąć lejce bo bez skafandrów kosmicznych polecieli byśmy chyba do stratosfery. Na 7 tyś definitywnie uciekamy w stronę słabszych fal. Wpierw w gorsza stronę. Zachód zgodnie z prognozą jest już pod wpływem frontu i układ falowy w niestabilnym powietrzu zamienia się w drobną mieszaninę pokrycia z cumulusów. Dolatujemy nad Teberdę i tam widać, że doliny z polami są pięknie oświetlone i dało by się tam lądować. Odbijamy w drugą stronę. Fala na wschód daje większe szanse polatania, natomiast brak przedgórza, takiego jak w Kisłowodsku, powoduje, że niskie chmury dochodzą do górskich dolin miejscami zalewając je czymś, co z góry wygląda jak mgła. Dalej, w wysokiej części tych dolin nie mamy pól. Decyduję więc wrócić bo Elbrus powoli zakrywa się pod coraz grubszym białym obrusem. Wilgoci jest coraz więcej i może nas zupełnie pozbawić szansy na bezpieczne lądowanie a nie chce korzystać z gościnności lotniska komunikacyjnego czy innego gdzieś w Turcji lub Gruzji. Byłby internacjonalnyj skandał.

W Kisłowodsku umówilimsy się że o 16 będziemy próbowali nawiązać łączność i popytamy o sytuację na lotnisku. Niestety nikt nie odpowiada i to pozbawia nas właściwie wyboru. Decyzja jest jedna – lądujemy tam, gdzie pogoda jest dobra, w Khurzuk na polu sprawdzonym przez Ilię. W komputerze jest to zaznaczone jako górskie jeziorko, ale jak widać wody tam dawno nie było , bo jest równym zielonym pastwiskiem. Na zachód, równolegle płynie wartka górska rzeczka z siwymi kamieniami a kilka drobniejszych wijących się mokrych miejsc wskazuje, że po opadach bywają i inne strumyki. Pole ma ponad 1km i bez problemu można wybrać taki rejon, gdzie jest równe oby tylko krowy pozostawiły nam odpowiednio dużo miejsca. Z 4 tyś metrów nie widać ani jednej, ale gdy schodzimy niżej widać, że jest dość spore stadko zgromadzone w górze doliny. Jest tam więcej krzewów i widocznie listki, czy smakowite owoce skusiły to towarzystwo.

W przyszłości być może będziemy stąd startowali. Dima rozmawiał już z lokalną władzą na ten temat i nie ma problemów, postanawiamy więc popróbować latania nad zboczami w okolicy by sprawdzić jak w przyszłości stąd odlatywać. Dobrze też przyzwyczaić wzrok do mniejszej ilości słońca pod chmurami. Nie bez znaczenia jest również to, by ogrzać nieco szybowiec, który przez prawie 2 godziny latał w -20 stopniach Celsjusza. W wilgotniejszej warstwie w dolinie może nas momentalni oszronić i to od strony zewnętrznej, co utrudni lądowanie. Podlatujemy zboczem jeszcze raz pod Elbrus i z powrotem- żagiel działa, wydaje się, że bez problemu można znaleźć noszenia rotorowe, ale by to sprawdzić nie mamy już czasu, bo krowy, zaczynają wieczorną wędrówkę w dół pola. Prawdopodobnie nocują we wsi, gdzie szakale i wilki nie będą ich niepokoiły. Tego stadka nikt nie pogania, idą same w równym szyku i niedługo będą tam, gdzie chcemy przyziemić.

W czasie lądowania zaskakuje nas nagła zmiana wiatru na wysokosci 200m nad dnem doliny – dolny wiatr dotarł już tu, na 1500m nad poziom morza. U wlotu doliny pojawiają się forpoczty złej pogody z Kisłowodska. Lądujemy jednak z wiatrem, pod górkę i wszystko przebiega normalnie.

Chwile po lądowaniu pojawia się oficer służby granicznej który dokładnie wypytuje Илья co i jak. Notuje i dyktuje przez telefon dane szybowca i ludzi. 2 km dalej jest posterunek. Nie sadze by sami nas zauważyli, ale ktoś musiał powiadomić. W moim przypadku poszło mu nieco trudniej. Jestem już w Rosji kilkanaście dni, bukwy z podstawówki jeszcze pamiętam i dość dobrze odpowiadam po rosyjsku na proste pytania.Przez dość długi  czas uzgadniają przez telefon z Ilią, czy nas zaaresztować, czy jednak mieliśmy pozwolenie. Ja kucam pod skrzydłem chowając się przed deszczem, ale wywołany do tablicy wyciągam swój paszport i pada zdziwione pytanie: – A u was russkowo passporta niet? – No niet. Wiza, napisana po rosyjsku pozwala jednak odczytać moje dane i pogranicznik po wykonaniu kilku pamiątkowych zdjęć odjeżdża.

Lądowaliśmy przed deszczem, ale od godziny już pada. Odwiedzają nas co chwila małe grupki robotników wracających z prac leśnych. Pytani o pomoc odpowiadamy że chętnie napili byśmy się ciepłej herbaty. I wracają ze wsi z termosem. Ja w puchowym ubraniu, które świetnie chroni przed chłodem, ale już nie za bardzo prze deszczem wyglądam jak zmokła mysz. Obszedłem dokładnie ponad kilometrowe pole w poszukiwaniu miejsc którymi można będzie dojechać z przyczepą i okazało się, że nie jest to wcale takie pewne. Normalna droga przez mostek jest tak uszkodzona, ze tylko traktor sobie poradzi. Najlepszy dojazd prowadzi przez małą rzeczką w której trzeba brodzić na około 40 cm. Dla terenowej Toyoty nie problem, ale w przyczepie było trochę rzeczy , które mogą zamoknąć i musimy je wyjąć. Tym bardziej ze pada i wody będzie przybywało.

Jako jeden z ostatnich odwiedza nas Karaczaj wracający z lasu traktorem. Widać, że porządniejszy chłop i zaprasza nas do domu. Ilia postanawia zostać w szybowcu. Chował się przed deszczem i ma wodoszczelną kurtkę, ale ja chętnie korzystam. Skromny domek, wcale nie różniący się od naszych przysiółków w Rajczy. Ma piec, babcie i dziadka który ogląda jakiś program w telewizji. Rozwieszona puchówka szybko schnie a ja raczę się ciepłym wywarem z jagód. Oglądamy zdjęcia z Elbrusa, rozmawiamy o pracy i o historii Karaczajów. Wioska jest ciut za daleko od Elbrusa aby była atrakcją sama w sobie. Nie ma żadnej gostinnicy i turyści raczej tylko przejeżdżają dalej. Widzę, że polityka jest tu państwowa i brakuje jakiegoś planu na rozwój.

Po 20 pojawia się w końcu Dima z przyczepą. Błyskawicznie zajmuję się pracą by wszystko sprawnie przebiegło i ze zdziwieniem odkrywam w przedniej części mniej więcej taczkę kamieni. Światła się nie świecą. Okazało się, że amerykańska kula niezbyt pasował do niemieckiego kuplungu i po drodze mieli przygodę. Tuż za ogrodzeniem lotniska przyczepa odczepiła się i pojechała sama. Na szczęście światła i pokrzywione kółko to były jedyne straty – do naprawienia w 30 minut po zakupieniu wtyczki. By kula lepiej trzymała Dima załadował kamienie. Po zrobieniu klaru przejechaliśmy pierwszą rzeczkę bez kłopotów. Podłoże jest z rzecznych otoczaków i samochód przeciąga przyczepę bez kłopotu. Potem niestety błądzimy trochę po polu, bo w czasie tych 4 godzin padało stale i pojawiło się 3 nowe rzeczki z błotnistym podłożem. Trudno je przejechać. Co jakiś czas widać świecące w świetle reflektorów zielonkawe oczy czegoś wielkości psa. Może szakal, może wilk. Przemykają też tabuny myszy i co jakiś czas lisy. Zwierząt jest mnóstwo i krajobrazu dopełniają krowy, które siedzą przy drodze tu i ówdzie pod drewnianymi płotami wsi.

Gdy znajdujemy szybowiec ostatecznie przejmuję dowództwo przy demontażu i po osuszeniu z wody wkładamy go bez dalszych przygód do przyczepy. W kwaterze jestem o 3 w nocy. Dzisiaj pogoda jest podobna do wczorajszej i raczej ograniczymy się do popołudniowych prac przy sprzęcie.

Dzień był bardzo udany i szczęśliwy. Po pierwsze start w trudnej pogodzie, po drugie udowodniliśmy że lądowanie w górach jest możliwe i bezpieczne a kiepska pogoda nad dolinami nie wchodzi nad przedgórze. Po trzecie, dla mnie bardzo cenne, znaleźliśmy miejsce z którego można w przyszłości startować, gdy w Kisłowodsku będzie kiepsko z pogodą.

Zobaczymy co będzie dalej. Oby wreszcie powiało solidnie z południa.

SK

Илья Юрьевич Смоляков

Komentarze

Dodano: 23.09.2016Przez: Henryk Doruch

GIGANCI !

Dodano: 23.09.2016Przez: Henryk Doruch

https://www.facebook.com/sebastian.kawa.756/videos/10207495368838607/

-euforia…

© Copyright by Sebastian Kawa

Realizacja: InternetProgressProjekt: Elzbieciak.com